Zapisz się do newslettera

Ministerstwo Spraw Zagranicznych

Ministerstwo Spraw Zagranicznych

Serwis „Wszystko o dwujęzyczności” jest dostępny na licencji Creative Commons znanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Uniwersytetu Warszawskiego. Utwór powstał w ramach projektu finansowanego w ramach konkursu „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2015 r.” realizowanego za pośrednictwem MSZ w roku 2015. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2015 r.”.

Mówię po polsku and it is awesome!

Marzę sobie, że Polonijny Dzień Dwujęzyczności będzie dniem, w czasie którego będziemy opowiadać o naszych osiągnięciach – mówi założycielka i redaktor naczelna portalu Dobra Polska Szkoła. O oczekiwaniach związanych z ogłoszeniem nowego święta z Martą Kustek rozmawia Justyna Suric.

 

Skąd pomysł na Polonijny Dzień Dwujęzyczności?

Od czterech lat prowadzimy promujemy język polski wśród rodzin polonijnych pod hasłem "W Maszym domu mówimy po polsku" i doszliśmy do wniosku, że dobrze byłoby ustanowić jeden dzień, który byłby poświęcony świętowaniu naszego języka i tego wszystkiego, co jest z nim związane.

Jak do tego dochodziliście?

Organizowanie spotkań z rodzicami, dziećmi i z nauczycielami w szkołach dużo nas nauczyło. Nawiązaliśmy kontakty z osobami, które zajmują się dwujęzycznością. Nasza akcja znana jest nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Przyłączyły się do nas polskie środowiska z innych krajów, które naszą akcję wdrożyły w Wielkiej Brytanii, Francji, Australii i we Włoszech. Zdobywaliśmy doświadczenia i zaczęliśmy się zastanawiać, co jeszcze możemy zrobić. Wiedzieliśmy, że musimy działać dalej, ale już w innym wymiarze.

Co było dalej?

Wymyśliliśmy projekt, który zaprezentowaliśmy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Polsce w konkursie "Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2015 roku". Nasze pomysły spodobały się i dostaliśmy dofinansowanie, a Polonijny Dzień Dwujęzyczności jest właśnie częścią tego projektu.

A po co nam takie święto?

W propagowaniu języka nie chodzi o posyłanie dzieci do polskiej szkoły, ani o wyjazdy na wakacje do Polski. Najważniejszą rolę odgrywają rodzice, bo oni mają wpływ na to, czy dzieci mówią drugim językiem, czy nie. Dla wielu dzieci urodzonych poza Polską, język polski staje się często drugorzędnym narzędziem do porozumiewania się. Zdarza się często, że dzieci przestają go w ogóle używać, co jest niewątpliwie winą rodziców.

Hmm, jako rodzic zaczynam się zastanawiać czy ta odpowiedzialność jest rzeczywiście aż tak wielka? Przecież wchodzą tu w grę i inne czynniki.

Rodzic swoją postawą przekazuje szacunek do kultury, języka i tradycji. Jeśli dziecko widzi, że dla rodzica język polski jest ważny, to ono te wartości przejmuje. W ramach naszych spotkań spotykaliśmy ludzi mówiących piękną polszczyzną, a wcale się w Polsce nie urodzili. Fascynacja Polską i językiem zaczyna się najczęściej od rodzica. My w naszych akcjach nie namawiamy tylko do tego, aby dzieci mówiły w domu po polsku, ale chcemy kształtować postawy rodziców. To nawet nie chodzi o to codzienne powtarzanie do dziecka "mów do mnie po polsku", ale raczej o kształtowanie odpowiedniej postawy, od której będzie zależeć jaki jest nasz stosunek do polskiej kultury i co my sami sprzedajemy naszym dzieciom.

Do kogo skierowane jest nowe święto?

Nie tylko do Polaków, ale i do amerykańskich sąsiadów, wśród których chcielibyśmy promować naszą kulturę. Chcielibyśmy być tak samo widoczni w tej promocji, jak przedstawiciele innych nacji, np. Irlandczycy.

Czy chcesz abyśmy i my Polacy w Ameryce, mieli naszą własną, polską odmianę Dnia Świętego Patryka?

My mamy Paradę Pułaskiego, ale to nie jest to samo. Marzę sobie, że Polonijny Dzień Dwujęzyczności będzie dniem, w czasie którego będziemy opowiadać o naszych osiągnięciach. Znają nas w Ameryce poprzez Kościuszkę, Pułaskiego, kiełbasę i pierogi. Może to nie są złe symbole polskości, ale powinny już dawno temu przejść do lamusa. Mamy dużo więcej do zaoferowania. Przecież jest tak wielu Polaków, którzy przyczynili się do rozwoju Ameryki. Przykłady ciągle się mnożą. Polak zaprojektował specjalny fotelik dla dzieci do samochodu (fotelik przypominający kapsułę zaprojektował Janusz Liberkowski, nagrodzony w konkursie American Inventor - przyp. red). Nasz rodak wymyślił też igłę jednorazowego użytku (Zbisław Roher - przyp. red.). Z Polski pochodzi przecież Max Factor (Maksymilian Faktorowicz urodzony w Zduńskiej Woli - przyp. red), tak samo jak założyciele Warner Bros, którzy byli braćmi spod Ostrołęki. W trakcie dnia dwujęzyczności w Nowym Jorku, pokażemy wystawę poświęconą Polakom, którzy zmienili lub zmieniają świat. Na pewno zaskoczy to nie tylko Amerykanów, ale i samych Polaków.

Obchody dnia dwujęzyczności zaczynacie od proklamacji w konsulacie. To brzmi bardzo dumnie.

Proklamacja to uroczyste ogłoszenie naszego święta, bo ono ma stać się częścią oficjalnego kalendarza wydarzeń polonijnych.

Czy w innych krajach też będzie miała miejsce taka proklamacja?

Na razie Polonijny Dzień Dwujęzyczności proklamujemy 13 września jedynie w Stanach Zjednoczonych, w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku. To jest nasza autorska, nowa inicjatywa i po prostu nie mieliśmy czasu, aby do współpracy włączyć inne kraje. Jestem jednak przekonana, że w przyszłości polski dzień dwujęzyczności będzie organizowany w innych środowiskach polonijnych, bo już jest zainteresowanie. W przyszłym roku dołączy do nas kanadyjskie Toronto, Holandia i Belgia. Mamy plan, aby rozwijać tę inicjatywę wszędzie, gdzie tylko się da. Polonijny Dzień Dwujęzyczności będzie przypadać na drugą sobotę października. W tym roku będziemy świętować 10 października.

Dlaczego akurat w październiku?

Nie jest to przypadkowa data. Październik jest miesiącem dziedzictwa narodowego, tzw. Polish American Heritage Month. W każdą pierwszą niedzielę października odbywa się Parada Pułaskiego, a w pierwszą sobotę po paradzie, będziemy obchodzić nasze święto. Uzgadnialiśmy tę datę z wieloma organizacjami, m.in. szkołami, bo stałych imprez w polonijnym kalendarzu jest dużo.

Gdzie będziemy świętować 10 października?

Zaplanowaliśmy sześć imprez, które odbędą się w Nowym Jorku, Bostonie, w dwóch miastach w New Jersey, Copiague na Long Island oraz w Denver w Kolorado. Pokażemy przykłady jak można świętować ten dzień.

A polskie Chicago?

Nie ma w naszym oficjalnym projekcie wyszczególnionego tego miasta, ale odwiedziłam kilka tygodni temu Chicago, i zaprosiłam tamtejsze polskie szkoły do współpracy. I tam też będą imprezy.

A jak będziemy świętować?

W tym roku imprezy będą odbywać się głównie przy polskich szkołach. Namawiamy jednak wszystkie organizacje i osoby indywidualne, aby łączyć siły i tworzyć programy. W tych sześciu miastach, które wymieniłam wcześniej mamy naszych koordynatorów, którzy zaprezentują swoje własne pomysły: emisje filmów, które nie były wcześniej pokazywane w USA, przedstawienia teatralne, wystawy, koncerty dla dzieci, konkursy edukacyjno- rozrywkowe. Mamy też inicjatywę kulinarną pod nazwą "Taste of Poland". Nie tylko będziemy serwować tradycyjne potrawy na talerzu, ale również zaprezentujemy je w formie edukacyjnej. Wyjaśnimy dlatego gołąbki to gołąbki, a pierogi są "ruskie", a nie "polskie" w nazwie. Nasza dziennikarka Danuta Świątek połączy się przez Skype'a z profesorem

Wiesławem Nowińskim, autorem Atlasu Mózgu (cyfrowy atlas mózgu w technologii trójwymiarowej), który robi teraz furorę. To tylko przykłady. Nasze imprezy będą organizować Polacy, ale chcemy, aby były na nie zapraszane środowiska amerykańskie. Zręczna "sprzedaż" naszej kultury, jest bardzo ważna, bo nie jest ona przecież mniej ciekawa niż na przykład ta irlandzka.

A co zaplanowaliście na niedzielną proklamację?

Gościem honorowym imprezy będzie profesor Katarzyna Kłosińska, językoznawca, sekretarz Rady Języka Polskiego przy Polskiej Akademii Nauk, która prowadzi cykliczną audycję "Co w mowie piszczy?" w radiowej Trójce (Polskie Radio). Pani profesor będzie mówić o dwujęzyczności oraz poprowadzi quiz językowy. Konsul Generalny RP w Nowy Jorku (Urszula Gacek - przyp.red.) uroczyście ogłosi święto, a my, przedstawiciele portalu i fundacji Dobra Polska Szkoła, opowiemy o naszej działalności.

Słyszałam, że szykuje się specjalna oprawa artystyczna. Uchyl proszę rąbka tajemnicy...

Nagraliśmy piosnkę, którą autorem jest Piotr Rudziński (polonijny dziennikarz i filmowiec - przyp. red.) . Wykonają ją dzieci z KOBO Music Studio na Greenpoincie, które prowadzi Bożena Konkiel. Planujemy w przyszłości nagranie clipu do tej piosenki, i będzie to świetne narzędzie do promocji polskiego dnia dwujęzyczności. Piosenka była inicjatywą Piotra, który po prostu zaprezentował nam pewnego dnia gotowy już utwór. To Piotr zaangażował muzyków. Wszystko samo się działo. Z kolei Beata Ślązak Zalewski, artystka z Ridgewood, stworzyła logo naszej akcji, kogutka, z hasłem "Mówię po polsku and it is awesome". Nie bez powodu hasło jest polsko - angielskie, czyli dwujęzyczne, bo przecież dzieci tak bardzo często mówią.

A co profesor Jan Miodek na to?

Profesor jest patronem honorowym Polonijnego Dnia Dwujęzyczności, ale niestety nie będzie mógł przybyć na uroczystości. Zaprezentujemy w konsulacie jego nagranie, w którym wyjaśni, dlaczego święto dwujęzyczności jest ważne. Profesor jest przesympatyczny i bardzo nam kibicuje. Żałujemy, że nie może przylecieć do Nowego Jorku, ale ze względu na swoje zdrowie nie chce tak daleko podróżować.

Jak święto dwujęzyczności będzie wyglądać w Ameryce za kilka lat?

Chciałbym, aby ten pomysł został podchwycony przez pasjonatów i wszystkie te osoby, które czują temat dwujęzyczności, bo przecież nie można nikogo zmusić do jego celebrowania. Mam nadzieję, że stanie się ono pretekstem do spotkań towarzyskich, tak jak 17 marca spotykają się Irlandczycy. Chcielibyśmy, aby dzień ten miał szerszy wymiar, zwłaszcza w czasach, kiedy wszyscy jesteśmy zabiegani, i przez to bardziej ubożsi w dobre, towarzyskie interakcje. Mam nadzieje, że z naszego dnia dwujęzyczności wyniknie wiele pozytywnych rzeczy.

A kto kryje się za Polską Dobrą Szkołą?

Jest już nas kilkanaście osób. Trzon zespołu, oprócz mnie, tworzy kilka osób: dziennikarki i pisarki Danusia Świątek, Eliza Sarnacka Mahony, Bożena Chojnacka, Lidia Russell, Karina Bonowicz, Andrzej Cierkosz, współzałożyciel fundacji Dobra Polska Szkoła (mąż Marty Kustek - przyp.red.). Udało się nam przyciągnąć do portalu pasjonatki i pasjonatów, którym zależy na stworzeniu czegoś wartościowego.

Znamy się od dawna. Pracowałyśmy wiele lat temu w warszawskich mediach. Co cię przygnało do Nowego Jorku dziewięć lat temu?

Nowy Jork miał być odskocznią od mojego życia w Warszawie. Odciągałam powrót do Polski tak długo, aż w końcu Ameryka wciągnęła mnie nieodwołalnie. Zajmowałam się tutaj wieloma rzeczami, ale moje życie nabrało innego wymiaru, kiedy rozpoczęłam pracę w nieistniejącym już dziś Radiu Rytm. Prowadziłam półtoragodzinną audycję na żywo "Porozmawiajmy w Radio Rytm". Zaczęłam poznawać polskie środowisko od środka. Fascynowało mnie to, że w Ameryce życie wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce, a Polacy realizują tutaj swoje ciekawe pomysły na życie. To był dla mnie moment przełomowy.

Założyłaś portal o tematyce edukacyjnej dobrapolskaszkola,com, co nie jest przypadkowe. Z wykształcenia jesteś pedagogiem i dziennikarką po KUL-u.

Zaczęło się od bloga, który stał się portalem. Potem założyliśmy fundację, dzięki której mogliśmy zacząć organizować spotkania. Dziś największą część, choć nie jedyną naszego portalu, stanowi zawartość edukacyjna, która ma docierać przede wszystkim do rodzin. Dzisiaj nazywamy siebie portalem informacyjnym dla Polonii w Nowym Jorku.

Co było Waszym największym sukcesem?

Zaskoczyło nas powodzenie akcji "W naszym domu mówimy po polsku". Po sześciu miesiącach prowadzenia naszej akcji zaczęły się do nas odzywać środowiska polonijne z innych krajów, które chciały dołączyć do naszej akcji, prosiły o materiały edukacyjne. Nawet z dalekiej Australii. Zaskoczyły nas wielki zasięg i siła rażenia tej akcji.

Kilka tygodni temu wróciłaś z Polski. Była to pierwsza wizyta po dziewięciu latach. Czy wynikną z tego wyjazdu jakieś nowe projekty?

Bardzo odpowiada mi klimat amerykański i wcale nie mówię o pogodzie. W Polsce też kiedyś prowadziłam wiele projektów. W Stanach jest jednak dużo prościej i nie chodzi o pieniądze, bo tutaj niczego nie ma przecież za darmo. Mentalność ludzi jest inna i dużo prościej jest tutaj działać. Ludzie nie oceniają innych tak często jak w Polsce i nie skazują od razu pomysłów na niepowodzenie. Są bardziej na wszystko otwarci. Mało kto tutaj narzeka. Im bardziej odlotowy pomysł, tym łatwiej jest go zrealizować.

Dziękuję więc za rozmowę i życzę realizacji wielu szalonych pomysłów, a tych na pewno Tobie nie zabraknie.

 

Dobra Polska Szkoła, to portal (www.dobrapolskaszkola.com) i fundacja w jednym. Celem obu jest wspieranie dwujęzyczności w środowiskach polonijnych. Dobra Polska Szkoła jest organizatorem Polonijnego Dnia Dwujęzyczności w USA.  Proklamację nowego święta zaplanowano na 13 września w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku, a dzień dwujęzyczności będzie obchodzony co roku w drugą sobotę października. W 2015 roku Polonijny Dzień Dwujęzyczności przypadnie 10 października.

 

Serwis "Wszystko o dwujęzyczności" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Uniwersytetu Warszawskiego. Utwór powstał w ramach projektu finansowanego w ramach konkursu „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2015 r.“ realizowanego za pośrednictwem MSZ w roku 2015. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2015 r.”.

 

 

Jak dowodzą badania naukowe, języki znane osobie dwujęzycznej są ze sobą ściśle powiązane i wzajemnie na siebie wpływają.


Dwujęzyczność wiąże się z kilkoma mitami. Pierwszy z nich, co już wiemy, dotyczy poziomu znajomości języków, jaki musi cechować osobę dwujęzyczną (por. O kim możemy powiedzieć, że jest dwujęzyczny i dlaczego jednojęzyczni są w mniejszości?). Drugi – sposobu powiązania języków w jej umyśle. Wiele osób wciąż sądzi, że są one od siebie niezależne i w żaden sposób nie łączą się ze sobą, co słynny szwajcarski językoznawca Francois Grosjean sprowadził do metafory dwóch osób jednojęzycznych w jednym ciele.
Wyobraźmy sobie radio, które ma zaprogramowane dwie stacje – np. program I Polskiego Radia, a druga to BBC 1. Gdy naciskamy przycisk 1, odzywa się głos spikera mówiącego po polsku, gdy naciskamy przycisk 2 – słyszymy jak wiadomości czyta osoba angielskojęzyczna. Wielu rzeczy nie wiemy odnośnie tego, jak nasz mózg przetwarza języki, ale jedno wiemy niemal na pewno – w naszym mózgu nie ma takiego przełącznika, który potrafiłby „wyłączyć” jeden język i „włączyć” drugi.
Płotkarz to nie sprinter ani skoczek wzwyż
Nieporozumienia związane z postrzeganiem osób dwujęzycznych biorą się zazwyczaj stąd, że refleksja nad dwujęzycznością przez długi czas była prowadzona z perspektywy osób jednojęzycznych, którzy stanowili „normę”, a zadaniem nauki było opisanie wszelkich „odstępstw” od tej normy.
Postrzeganie jednojęzyczności jako normy rodzi kilka konsekwencji. Pierwsza z nich, a zarazem najważniejsza z praktycznego punktu widzenia jest taka, że oceniało (a może wciąż się ocenia) poziom znajomości każdego z języków w odniesieniu do „normy”, a mianowicie poziomu znajomości języka, jaka cechuje osobę jednojęzyczną. Jak już wcześniej wspominaliśmy, dwujęzyczni zazwyczaj używają znanych sobie języków w różnych okolicznościach (np. w szkole i w domu), i stąd każdy z nich znają nieco inaczej. Tak więc np. polskie dziecko żyjące i chodzące do szkoły w Wielkiej Brytanii będzie zazwyczaj potrafiło nazwać operacje matematyczne po angielsku, natomiast nazwy potraw czy sprzętów domowych – po polsku.
Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że szkolne testy językowe stawiają takie dzieci na pozycji przegranej w stosunku do jednojęzycznych rówieśników. Ci ostatni mają bowiem bogatsze słownictwo od dwujęzycznych w tym jednym jedynym znanym sobie języku, ale gdyby zsumować liczbę słów, które znają dwujęzyczni (w obu językach), to ci drudzy mają znaczną przewagę.
François Grosjean porównywał osobę dwujęzyczną do płotkarza, od którego nikt nie wymaga, że będzie zdobywał medale w skoku wzwyż i sprincie, skoro - jakby mogło się wydawać sportowym laikom – bieg przez płotki łączy w sobie elementy tych dwóch dyscyplin. Podobnie nikt nie powinien wymagać od osób dwujęzycznych, aby współzawodniczyli z jednojęzycznymi w testach językowych, ale powinien im pozwolić startować w ich własnej, odrębnej „konkurencji”.
To nie niechlujstwo językowe
Kolejną naturalną konsekwencją patrzenia na osobę dwujęzyczną z perspektywy jednojęzycznej jest mylne postrzeganie wzajemnych relacji pomiędzy językami znanymi takiej osobie. I tu wracamy do naszej metafory przełącznika radiowego. Mogłoby się wydawać, że języki te są jakby niezależnymi bytami, które aktywizują się tylko wtedy, gdy zachodzi taka bezpośrednia potrzeba. Stąd do niedawna uważano wszelkiego rodzaju zapożyczenia i wtrącenia obcojęzyczne za dowód niechlujstwa językowego w najlepszym przypadku, a w najgorszym – za dowód zaburzeń.
Tymczasem wyniki badań naukowych wskazują, że języki w umyśle osoby jednojęzycznej nie są wobec siebie autonomiczne, lecz ściśle powiązane, żeby nie powiedzieć splecione w mocnymi uścisku. Gdy chcemy powiedzieć coś w jednym z nich, to ten drugi nie dość, że nie jest wyłączony, wprost przeciwnie, aktywuje się w tym samym czasie. Mało tego, zanim osoba dwujęzyczna coś powie, do samego końca w jej umyśle trwa „walka” pomiędzy znanymi jej językami o to, w którym z nich ostatecznie zostanie sformułowana wypowiedź. „Walka” ta oczywiście trwa ułamki sekundy i toczy się poza świadomością mówiącego.
Fałszywi przyjaciele...
Powstaje pytanie, skąd naukowcy to wiedzą. Otóż, zostało przeprowadzonych wiele eksperymentów, często bardzo pomysłowych, z udziałem osób dwujęzycznych, które ujawniły jednoczesną aktywację języków w umyśle osób dwujęzycznych. Pomysłowość ich polegała na tym, aby sprowokować nieświadome ujawnienie się interferencji, czyli „przecieków” z jednego systemu językowego do drugiego. Pretekstem do tego była np. prezentacja słów łączących pewne cechy charakterystyczne dla obydwu znanych badanym języków np. formę, brzmienie (homofony, homografy – czyli tzw. „fałszywi przyjaciele”, itp.), ale np. posiadające różne znaczenia. Jak się okazywało w większości przypadków, reakcje osób badanych ujawniały, że to drugie „znaczenie” w jakiś sposób było obecne w ich umyśle. W jednym z badań (przeprowadzonym przez Michaela Spiveya i Viorikę Marian w 1999 r.) okulograf, czyli urządzenie śledzące ruch gałek ocznych wskazywał, że badani znający rosyjski i angielski proszeni po angielsku o wskazanie np. pisaka (ang. „marker”) znacząco spoglądali przez pewien czas na znaczek (ros. „marka”). W innym badaniu przeprowadzonym w języku hiszpańskim i wykorzystującym element zaskoczenia, osoby posługujące się biegle językami katalońskim i hiszpańskim widząc obrazek przedstawiający stół (hiszp. mesa) twierdziły, że w hiszpańskim słowie oznaczającym ten mebel występuje głoska „t”, co jest prawdą tylko w przypadku jego katalońskiego ekwiwalentu („taula”).
Kto studiował w Kalifornii?
Nieco inny eksperyment przeprowadziła Paola Dussias z Penn State University. Poprosiła, aby hiszpańskojęzyczni uczestnicy badania przeanalizowali nieco niezręcznie sformułowane zdanie w języku hiszpańskim, które można przetłumaczyć w sposób następujący: „Maria zakochała się w synu psychologa, który studiował w Kalifornii”, a następnie odpowiedzieli na pytanie, kto tak właściwie – syn czy ojciec – odbył swoje studia w tym amerykańskim stanie leżącym nad Payfikiem. Specyfika języka hiszpańskiego wskazuje na to, że osoby, dla których jest on językiem ojczystym odpowiedzą, że to ukochany Marii zdobył wykształcenie w Kalifornii. W przeciwieństwie do nich, osoby angielskojęzyczne raczej będą się skłaniały do wersji, że to ojciec psycholog tam studiował. Zgodnie z przypuszczeniami, osoby jednojęzyczne w większości wskazywały na syna. Zupełnie inaczej zachowywali się ci z badanych, którzy poza hiszpańskim (językiem ojczystym) mówili biegle także po angielsku. Spory procent z nich przypisywał kalifornijskie wykształcenie ojcu.
Eksperyment ten nie tylko wskazuje na to, że w umyśle osoby dwujęzycznej równocześnie aktywne są dwa języki, ale także jeszcze na coś innego: drugi język modyfikuje w pewnym stopniu to, w jaki sposób używamy tego pierwszego. Wiele innych badań wskazuje na wzajemne oddziaływanie na siebie języków – w tym drugiego na pierwszy. To, co daje się zaobserwować w laboratorium potwierdza nasze intuicje: nierzadkie jest przejmowanie („transfer”), słów lub całych wyrażeń z języka obcego na ojczysty. Gdy znamy drugi język stajemy się jakby bardziej tolerancyjni względem tego, co jest akceptowalne w naszym ojczystym języku – nasz język staje się bardziej elastyczny lub – jak kto woli – „zanieczyszczony”.
Co ciekawe zmienia się też sposób w jaki opisujemy przedmioty w świecie, a także sposób, w jaki je wymawiamy. Niektórzy badacze zwracają też uwagę na wyższy stopień świadomości metajęzykowej, która towarzyszy poznawaniu drugiego języka, i która powoduje wzbogacenie tego pierwszego. W literaturze przedmiotu wymienia się pisarzy i poetów, których mistrzostwo stylu można przypisać dwujęzyczności. Brytyjski badacz Vivian Cook przytacza przykłady Chinuy Achebe, Johna Miltona, Samuela Becketta i Rabindranatha Tagore, jako tych, których geniusz artystyczny wspiął się na wyższy poziom, dzięki znajomości dwóch lub więcej języków. Z pewnością o wielu polskich pisarzach i poetach można powiedzieć to samo.
Jak widzimy więc postrzeganie osoby dwujęzycznej jako dwóch osób jednojęzycznych to ślepa uliczka. Znajomość drugiego języka zawsze będzie nam już towarzyszyć, nawet gdy będziemy mówić w naszym ojczystym. Mało tego, drugi będzie nawet konkurować z pierwszym, gdy tylko będziemy chcieli coś powiedzieć, a także i na nim wywrze swoje piętno.

Karol Chlipalski

Używanie dwóch języków w rodzinie naraz jest doskonałym sposobem na uczynienie dziecka osobą dwujęzyczną. Wymaga to jednak od rodziców znacznie więcej samozaparcia i konsekwencji niż skłonni bylibyśmy przypuszczać.


OPOL (one parent, one language) czyli „jeden rodzic, jeden język”, to jedna z najpowszechniejszych metod wychowywania dwujęzycznych dzieci. Polega ona – jak sama nazwa wskazuje – na tym, że jeden rodzić mówi do dzieci w jednym języku, a drugi w drugim. Dziecko tymczasem mając kontakt z oboma językami, uczy się w nich mówić jednocześnie. Metoda ta jest stosowana najczęściej w rodzinach mieszanych.
Wydawać by się mogło, że stosowanie OPOL jest rzeczą naturalną i prostą w przeprowadzeniu. Wystarczy, że rodzic mówi do dzieci w swoim języku ojczystym, a reszta niejako „dzieje się sama” – dzieci otrzymują materiał językowy, który następnie posłuży im do „zbudowania” znajomości języka. Mogą one tą drogą mogą się „bezboleśnie” nauczyć dwóch języków, pod warunkiem oczywiście, że z każdym z rodziców spędzają wystarczająco dużo czasu.
Z coraz większą łatwością
Liczne przykłady wskazują na to, że OPOL jest najtrudniejszy dla tego rodzica, który będzie używał języka niewystępującego w otoczeniu. Przekonało się o tym wiele polskich rodziców, najczęściej mam, które wstąpiły w związki z obcokrajowcami, zamieszkały w krajach pochodzenia swoich współmałżonków i tam wychowują swoje dzieci. Jakim problemom muszą one stawić czoła?
Istnieją oczywiście wyjątki od reguły, ale zazwyczaj znają one znacznie lepiej język swoich mężów, niż ich mężowie polski. W tej sytuacji, zazwyczaj językiem, w jakim rozmawiają między sobą rodzice jest język męża, czyli język większości. O ile dzieci na początku spędzają więcej czasu z mamami (i od tej reguły są liczne wyjątki) i tym samym mają więcej kontaktu z językiem polskim, o tyle, gdy już pójdą do przedszkola, zaczyna się ta sytuacja zmieniać na korzyść języka większości np. angielskiego albo francuskiego. Najpierw powoli, potem coraz szybciej, dzieci zaczną posługiwać się tym drugim językiem z coraz większą łatwością, aż w pewnym momencie będzie im łatwiej wyrazić w nim swoje myśli niż w języku mamy. Będą wtedy też próbowały zwracać się do obojga rodziców w tym samym języku. Jeśli wówczas nastąpi precedens i rodzice na to przystaną, jest spore prawdopodobieństwo, że już więcej nie uda się powrócić do stosowania OPOL i wysiłki wcześniejszych lat pójdą na marne. Jak więc powinny reagować mamy, do których dziecko zwróci się w „niewłaściwym języku”?
To działa!
Barbara Zurer Pearson, autorka poradnika Jak wychować dziecko dwujęzyczne (Media Rodzina 2013) poleca najprostsze wyjście – powiedzenie dziecku spokojnym tonem: nie rozumiem. O dziwo – zdaniem Barbary Zurer Pearson – zazwyczaj to działa. Dzieci, mimo że doskonale powinny wiedzieć, że ich mamy (albo ojcowie) znają język większości, zazwyczaj akceptują tę odpowiedź i przechodzą na język „właściwy”. Innymi metodami są: przetłumaczenie pytania na swój język , a następnie udzielenie w nim odpowiedzi. Gdy dziecko spotyka się ze spokojną ale stanowczą reakcją, zazwyczaj po jakimś czasie kapituluje i nie domaga się – przynajmniej przez jakiś czas – zmiany językowych porządków.
Wielu rodziców stosujących OPOL przyznaje, że trudnymi dla nich momentami są „rodzinne obiady”. Gdy cała rodzina zbiera się przy stole, wszystkim zależy, aby rozmowa toczyła się w sposób możliwie najbardziej żywy i naturalny. Większość rodzin wybiera wówczas ten język, który znają wszyscy obecni, którym jest zazwyczaj język większości (otoczenia). Niekoniecznie tak być musi. Wiele mam decyduje się jednak mówienie w swoim języku dbając równocześnie, aby ich mężowie nie czuli się wykluczeni.
Dwa cele za jednym zamachem
Teresa z Londynu, Polka wychowująca dwóch synów – Mieszka i Eliota, stara się mówić po angielsku tylko wtedy, gdy sprawa dotyczy wszystkich osób obecnych przy stole. Gdy natomiast zwraca się bezpośrednio do synów – robi to po polsku i w tym samym języku wymaga odpowiedzi. Jej mąż, Robert, który nie mówi biegle w ojczystym języku swojej żony, nie widzi w tym problemu.
Rozmowy po francusku przy stole akceptuje także Michał, który wraz z Anne-Christine wychowuje czwórkę dwujęzycznych polsko-francuskich dzieci w Warszawie. Anne-Christine, zawsze zwraca się do swoich dzieci po francusku, ale dba o to, by Michał, nie był zupełnie wyłączony z rozmowy – albo sama tłumaczy na polski to, co powiedziała moment wcześniej po francusku, albo zachęca swoich starszych synów, by służyli za tłumaczy. Osiąga tym samym dwa cele za jednym zamachem – nie przestaje mówić do swoich dzieci w języku mniejszości, a zarazem sprawia, że chłopcy mogą poczuć się dowartościowani dzięki swojej dwujęzyczności.
Jednojęzyczni odwiedzają dom
Zdarza się jednak też, że do niedzielnego obiadu zasiada rodzina w składzie poszerzonym o osoby niekoniecznie pozytywnie nastawione do mówienia w obcym dla nich języku. Bez pomocy małżonka i jego wsparcia jest niezwykle trudno stawić czoła tego rodzaju presji.
Innym problemem, z którym borykają się rodziny stosujące OPOL, a ściślej mówiąc ci rodzice, którzy zwracają się do swoich dzieci w języku mniejszości, to to, w jakim języku mają do nich mówić w obecności osób trzecich, np. jednojęzycznych kolegów odwiedzających dwujęzyczny dom. Antonella Sorace, profesor językoznawstwa na uniwersytecie w Edynburgu, a zarazem szefowa organizacji Bilingualism Matters, wspomina, że gdy odwiedzali jej synów angielskojęzyczni koledzy, zwracała się do nich zawsze po włosku, a następnie tłumaczyła to, co powiedziała na angielski.
Błędy są najmniej ważne
OPOL stosują najczęściej rodziny mieszane, ale nie tylko. Zdarza się, że jedno z rodziców decyduje się, mówić do własnych dzieci w nierodzimym dla siebie języku. Najbardziej znanym przykładem takiego rodzica był George Saunders, nauczyciel niemieckiego z Australii, który do trójki swoich dzieci mówił w języku Goethego i następnie opisał to w książce pt. Bilingual children: from birth to teens. Saunders, który uzyskał dzięki swojej cierpliwości i samozaparciu imponujące rezultaty w dwujęzycznym wychowywaniu swoich dzieci, znalazł wielu naśladowców wśród ambitnych rodziców chcących nauczyć swoje dzieci dodatkowych języków nie czekając aż pójdą do szkoły. Jednak metoda stosowana przez niego nie budzi entuzjazmu wielu psychologów stojących na stanowisku, że rodzice generalnie powinni używać swojego języka ojczystego w kontaktach z dziećmi. Bynajmniej nie z powodu ewentualnych błędów językowych, jakie mogą im przekazać (te zostaną szybko wykorzenione, gdy tylko dziecko będzie miało wystarczająco dużo kontaktu z rodzimymi użytkownikami tego języka), ale ze względu na fakt, że mówiąc w języku ojczystym w największym stopniu jesteśmy sobą i najlepiej potrafimy przekazać uczucia, których dzieci potrzebują, szczególnie wtedy, gdy są małe.
Pomimo że wyzwania związane ze stosowaniem OPOL wymagają dużo samozaparcia i konsekwencji ze strony rodziców, nie zmienia to faktu, że wiele dzieci na całym świecie w taki właśnie sposób dochodzi do dwujęzyczności. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem jest to najbardziej naturalna metoda przekazywania dzieciom nie tylko języka, ale i kultury kraju pochodzenia obojga rodziców.

Karol Chlipalski

Dopilnowanie, aby dzieci mówiły w języku mniejszości jest często trudne – wygodniej jest im posługiwać się językiem otoczenia. Czy jesteśmy w stanie wymusić na dzieciach mówienie po polsku? Czy to dzieci same muszą chcieć nauczyć się „nadprogramowego” języka?


Alicja od 10 lat mieszka w Wielkiej Brytanii. Jej mąż Matthew, jest Anglikiem, wychowują wspólnie 3,5-letnią córeczkę Ewę. Alicja i Matthew postanowili, że każde z nich będzie mówiło do dziecka w swoim języku, tak aby polski i angielski od najmłodszych lat towarzyszyły Ewie. Od pewnego jednak czasu Alicja ma wrażenie, że jej wysiłki idą na marne – córka nie jest zainteresowana językiem polskim, odpowiada mamie po angielsku, upominana stawia opór. Za każdym razem, kiedy córka odmawia rozmawiania po polsku, Alicja denerwuje się i karci Ewę za bycie nieposłuszną. Mówi wtedy najczęściej: „Masz mówić do mamy po polsku! Jak nie będziesz rozmawiała po polsku, to nie pójdziemy na plac zabaw!”. Groźby jednak nie przynoszą rezultatów, albo działają tylko w danym momencie. Podczas warsztatów dla rodziców dzieci dwujęzycznych Alicja miała okazję przemyśleć swoją sytuację i doszła do wniosku, że nigdy nie pokazała córce, że mówienie po polsku może wiązać się z czymś przyjemnym.
Profesor Barbara Zurer-Pearson ekspert w dziedzinie dwujęzyczności dziecięcej i autorka poradnika „Jak wychować dwujęzyczne dziecko” (Media Rodzina 2013), uważa, że najważniejszym warunkiem, aby dziecko mogło stać się dwujęzyczne, jest obudzenie w nim wewnętrznej motywacji do mówienia w „tym drugim” języku. Wtedy dziecko nie dość, że będzie chciało rozmawiać w języku mniejszości, to jeszcze samo będzie szukało okazji, żeby go używać. Przykład Alicji pokazuje, że używanie kar, gróźb i przymusu nie działa. A co w takim razie ma szansę zadziałać?
Duma przyjdzie sama
Motywacja do mówienia w języku mniejszości w przypadku dziecka jest pochodną satysfakcji i dumy, jaką odczuwa ono używając tego języka. Satysfakcję tę osiągnie wówczas, gdy rozmowy w nim będą mu sprawiały przyjemność lub/i przynosiły korzyść. Duma natomiast przyjdzie sama, gdy fakt, że zna drugi język zostanie doceniony przez otoczenie.
Przyjemność z mówienia w języku mniejszości najmłodsze dzieci będą odczuwały wtedy, gdy używanie go będzie łączyło się z atmosferą pełną uczuć. Taką atmosferę najlepiej będą umieli stworzyć dziadziowie, którzy zazwyczaj kochają swoje wnuki bezwarunkowo i którzy często są pozbawieni ich towarzystwa na co dzień. Wakacje spędzone z nimi w przypadku dzieci przebywających ze swoimi rodzicami za granicą będą zawsze owocne jeśli chodzi o rozwinięcie znajomości języka, z którym na co dzień wnuki mają ograniczony kontakt.
Należy jednak pamiętać, że im dziecko będzie starsze, tym będzie bardziej zainteresowane światem zewnętrznym i z czasem towarzystwo dziadziów przestanie im wystarczać, co wcale nie oznacza, że dziadziowie przestaną im być potrzebni. Antonella Sorace, profesor Uniwersytetu w Edynburgu i szefowa organizacji Bilingualism Matters, zwraca jednak uwagę, że polski dla dziecka żyjącego poza krajem nie może być sprowadzony jedynie do „języka babcinego” – to znaczy kojarzącego się tylko i wyłącznie z tematami poruszanymi w rozmowach z dziadkami, a te zazwyczaj odbywają się określonych, często podobnych okolicznościach, albo wręcz przez telefon bądź na Skypie.
Dzieci z czasem będą coraz bardziej pożądać towarzystwa swoich rówieśników, w razem z którymi będą poznawać najpierw bliższe potem coraz dalsze otoczenie. W poznawaniu świata będą im potrzebne nowe słowa, bez których nie będą w stanie opisać, co widzą. Jednojęzyczni koledzy i koleżanki będąc źródłem materiału językowego (inputu), który jest do tego niezbędny, równocześnie przyczynią się do rozwoju znajomości języka. Zdopingują do użycia nowo poznanych słów i konstrukcji gramatycznych w rozmowach.
Najważniejsze - nie nudzić
Nieocenioną pomocą w rozwinięciu motywacji jest nauka poprzez piosenki, rymowanki, różnego rodzaju wyliczanki i inne dziecięce gry i zabawy językowe. Małe dzieci szybko uczą się ich w przedszkolu w języku większości, dlaczego by więc nie nauczyć ich po polsku? Śpiewanie „Stary niedźwiedź mocno śpi” połączone z energiczną zabawą razem z mamą, tatą i rodzeństwem, może okazać się świetnym pomysłem do rozwijania znajomości języka dziedzictwa. Musimy bardzo uważać, żeby w naszym domu było co najmniej tyle samo fascynujących książek i filmów w języku polskim, co w języku większości. Pamiętajmy, że nie liczy się ilość, tylko jakość – nie wystarczą jakiekolwiek książki i filmy, ale takie, które dziecko lubi. Jeśli podczas wieczornego czytania po polsku dziecko okazuje znudzenie, może być to znakiem dla nas, że „Czerwony Kapturek” w wydaniu z czasów naszego dzieciństwa nie jest wcale tak ciekawy, jak na przykład „Koszmarny Karolek” – polskie tłumaczenie znanego dzieciom angielskojęzycznym „Horrid Harry”. Jeśli trudno jest przekonać dziecko do tradycyjnych polskich opowiadań, możemy się oprzeć na tym, co dziecko już zna i lubi po angielsku i poszukać polskich tłumaczeń tych pozycji (jest ich całe mnóstwo) – dziecko przekona się wtedy, że swoje ulubione historie może poznać też po polsku. Dobrym sposobem na zmotywowanie całej rodziny (w tym starszych dzieci) do używania polskiego będzie zakupienie ciekawej gry planszowej lub strategicznej z instrukcją w języku polskim. Jeśli fabuła gry sprawi, że dzieci bardzo się „wciągną”, to mamy dobrą przynętę do używania polskiego.
Jednak nic nie zastąpi przykładu, jaki dają rodzice. Czasem zapominamy, że dzieci budują repertuar swoich zachowań, opierając się głównie na tym, co widzą wśród swoich najbliższych. Jeśli pokażemy dziecku, że w domu, miedzy sobą, używamy języka angielskiego, albo francuskiego, to nie namówimy go do mówienia po polsku. „Dlaczego ja mam zawsze mówić po polsku w domu, a mama i tata nie muszą?” – pomyśli dziecko.
Rodzice powinni też zadać sobie pytanie, przy jakiej okazjach najczęściej rozmawiają z dziećmi po polsku. Dobrze jest zastanowić się, czy przypadkiem – w wirze domowych obowiązków – nie jest to głównie język, służący do upominania, zwracania uwagi, wydawania instrukcji i poleceń. Czy czasem nie jest tak, że to po polsku dziecko głównie słyszy: „Pościel łóżko”, „Wynieś śmieci”, „Posprzątaj pokój”. Dlatego tak dobrze jest używać języka polskiego także poza domem: na wspólnych wycieczkach, w szkole sobotniej (jeśli taka istnieje blisko naszego miejsca zamieszkania), w klubach pozaszkolnych lub grupach zabawowych dla mniejszości narodowych (o ile takie istnieją w naszej okolicy).
Bez względu na to, jakie sposoby będziemy stosować powinniśmy pamiętać, że nauka języka mniejszości nie może kojarzyć się dziecku z nudą i być postrzegana jako przykry obowiązek. Aby ta nauka przyniosła pożądany skutek powinna jej towarzyszyć chęć, a nie obowiązek. Chociaż rola rodziców jest tutaj bardzo ważna – to oni mogą dołożyć starań, aby pokazać dzieciom, że mówienie po polsku jest ważne, może dziecku przynieść korzyści i przede wszystkim – sprawiać przyjemność.

Joanna Kołak

Zapominanie jest procesem, który nie omija pierwszego języka. Aby odwrócić ten proces i na powrót wydobywać z łatwością słowa z naszego mentalnego leksykonu, należy utrzymywać stały kontakt z ojczystą mową.


Pierwszym językiem jakiego nauczył się Frank Bialystok był polski. Urodził się w 1946 roku w Łodzi pierwsze półtora roku swojego życia spędził w tym mieście. Później wyjechał z rodzicami najpierw do USA, a później do Kanady. W Kanadzie rodzice posłali go do przedszkola, w którym wychowawczynie i dzieci mówiły w jidysz; a następnie do angielskojęzycznej szkoły. W wieku sześciu lat był trójjęzyczny. Z rodzicami rozmawiał wtedy wyłącznie po polsku, z kolegami w jidysz, a z resztą otoczenia po angielsku. Jednak wkrótce już, trzeci język – angielski zaczął dominować w jego życiu i powoli wypierał pozostałe, także w domu. Gdy dorósł był już de facto jednojęzyczny. Polski zaczął przypominać sobie dopiero po czterdziestce, gdy jako historyk zaczął zajmować się historią Żydów polskich i współpracować z polskimi historykami.
Przypadek Franka Bialystoka, który jako dorosły nie potrafił posługiwać się językami, które świetnie znał w dzieciństwie, nie jest bynajmniej odosobniony. Funkcjonalna utrata znajomości pierwszego języka jest powszechna wśród osób, które wyemigrowały jako dzieci, a następnie wtopiły się w społeczeństwo w swojej nowej ojczyźnie. Zaskakujące jest także tempo, w jakim proces ten następuje. Ludmiła Isurin, badaczka z Ohio State University śledziła losy 9-letniej Rosjanki adoptowanej przez amerykańską parę: po roku mieszkania w Stanach Zjednoczonych dziewczynka zapomniała około 20% rosyjskich słów. Jaki mechanizm powoduje więc, że tak łatwo możemy zapomnieć nasz język ojczysty? Czy proces ten można odwrócić?
Słowo z magazynu
Aby wytłumaczyć na czym polega zapominanie języka trzeba się odwołać do pojęcia „mentalnego leksykonu”, czyli magazynu słów, jaki każdy z nas przechowuje w swoim umyśle. Mentalny leksykon to czysto teoretyczny model, który pomaga jednak zrozumieć sposób, w jaki jesteśmy w stanie znaleźć słowa, których chcemy użyć w rozmowie. W największym uproszczeniu, chcąc coś powiedzieć – bez względu na to, czy będzie to o porannej kawie, zadaniu domowym, czy meandrach filozofii – sięgamy do leksykonu i wydobywamy z niego słowo, które odpowiada wymyślonemu przez nas znaczeniu.
Na to jak zorganizowany jest mentalny leksykon pewne światło rzucają badania nad szybkością wydobywania słów z pamięci. Zdaniem naukowców o tym, jak szybko dane słowo udaje nam się przypomnieć decyduje kilka zmiennych, m.in. upływ czasu, od kiedy dane słowo usłyszeliśmy po raz pierwszy, oraz to jak często się z nim stykamy. To tak, jakby słowa, których nauczyliśmy się w pierwszej kolejności czy te którymi często się posługujemy, otrzymywały w naszym słowniku fiszkę, dzięki której łatwiej nam jest po nie „sięgnąć”. Różnice w czasie wydobywania z mentalnego leksykonu słów są tak małe, że zwykle nie zauważamy ich w normalnych warunkach – mierzy się je w ułamkach sekundy. Dla psychologów badających czasy reakcji to jednak istotna wskazówka, świadcząca o tym, że pewne procesy mentalne wymagają więcej wysiłku niż inne.
Mam to na końcu języka...
Przesłanki wspierające hipotezę mentalnego leksykonu można znaleźć od czasu do czasu także poza laboratorium. Zapewne każdy z nas doświadczył kiedyś niemożności przypomnienia sobie jakiegoś konkretnego słowa, choć przecież dobrze wiedzieliśmy, co chcemy powiedzieć – mieliśmy uczucie, jakbyśmy mieli to słowo na końcu języka! Doświadczając tego uczucia zwykle jesteśmy w stanie przywołać jakieś cechy poszukiwanego przez nas słowa: pierwszą głoskę, pojedynczą sylabę czy intonację. Efekt „końca języka”, bo taką nazwę nadali temu fenomenowi naukowcy, został po raz pierwszy opisany przez Williama Jamesa w 1890 roku, choć samo zjawisko na pewno nękało ludzkość już wcześniej.
Według psychologów poznawczych, za „efektem końca języka” stoi nim tymczasowa trudność w wydobyciu danego słowa z leksykonu i nie ma zwykle w nim nic patologicznego – jest on traktowany jako ciekawostka wskazująca na niedoskonałości funkcjonowania ludzkiego umysłu.
Ściśle powiązane ze sobą leksykony
Proces wydobywania słów z pamięci przebiega na podobnej zasadzie u osób dwu- i wielojęzycznych, z tym że osoby te mają nie jeden leksykon tylko dwa (lub więcej), a w dodatku są one ze sobą ściśle powiązane – trwają nawet spory, czy w przypadku osób dwujęzycznych można mówić o dwóch leksykonach, czy może o jednym obejmującym dwa języki. Zdawać by się mogło więc, że zapominanie języka w przypadku emigrantów mogłoby polegać na „schowaniu” słów należących do jednego języka pod stosem słów należących do tego częściej używanego. Rzeczywistość jest jednak nieco bardziej skomplikowana.
Judy Kroll, badaczka z Penn State University argumentuje, że w umyśle osoby dwujęzycznej oba języki są aktywne cały czas. Gdy mówiąc po angielsku pomyślimy np. o domu wydobędziemy z naszego mentalnego leksykonu zarówno słowo „house”, jak i słowo „dom”. Zanim więc wypowiemy słowo we właściwym w danym momencie języku, będziemy musieli wyhamować to drugie – czyli polski „dom”. I tak np. polsko-angielskie dwujęzyczne dziecko, mówiąc po polsku, będzie musiało hamować angielskie odpowiedniki słów, które chce wypowiedzieć; i odwrotnie, mówiąc po angielsku, będzie hamować polskie ekwiwalenty. Szczególnie w przypadku osób sprawnie posługujących się kilkoma językami, czynność ta jest automatyczna i nieświadoma.
To właściwie dlaczego zapominanie języka w ogóle ma miejsce, skoro powiedzenie czegokolwiek w jakimkolwiek języku miałoby aktywować mentalne wszystkie nasze „mentalne leksykony”? Do pewnego stopnia tłumaczy to hipoteza zaproponowana przez badacza z oregońskiego uniwersytetu Benjamina Levy’ego. Według jego koncepcji, osoba dwujęzyczna, mówiąc w drugim języku, szczególnie na początku jego nauki musi wkładać znacznie więcej wysiłku w hamowanie tego pierwszego. Odwołując się do „metafory fiszek” – słowa z pierwszym języku są znacznie lepiej oznakowane niż ekwiwalenty należące do pozostałych znanych danej osobie języków. A to oznacza, że te pierwsze powinny utrudniać znalezienie tych drugich i z tego powodu umysł stosuje strategię adaptacyjną – aktywnie stara się je zapomnieć słowa z pierwszego języka, żeby łatwiej mu było wydobywać słowa z mentalnego leksykonu właściwego dla drugiego.
Aktywacja przez powtarzanie
Levy sprawdził zasadność swojej hipotezy w eksperymencie, którego uczestnicy – anglojęzyczni studenci uczący się hiszpańskiego – mieli za zadanie nazywać obrazki po angielsku lub hiszpańsku. Okazało się, że ci, u których silnie aktywowano hiszpański (poprzez powtarzanie hiszpańskich słów), potrzebowali więcej czasu, by następnie odtworzyć angielskie słowa. Ponadto, po etapie nazywania obrazków, studentom pokazywano angielskie słowa i proszono, by albo podali słowo, które rymuje się z prezentowanym (np. snake – break), albo jest z nim znaczeniowo związane (np. apple – orange). Szukanie podobieństw fonologicznych (rymowanie) było istotnie trudniejsze dla osób, u których aktywowano wcześniej hiszpański, choć nie miały one problemów z podobieństwem znaczeń. Jest to zgodne z tym, co dotychczas wiadomo na temat naszych mentalnych leksykonów – zawierają one kluczowe informacje na temat brzmienia słowa.
Wniosek płynący z tych doświadczeń jest optymistyczny: zapominając język ojczysty nie „tracimy” słów na zawsze. Zostaną one na długo w zakamarkach naszych mentalnych leksykonów. Dostęp do nich staje się jednak utrudniony. Z biegiem czasu będzie odzyskanie tego dostępu będzie wymagało od nas coraz więcej trudu. Jeśli natomiast będziemy utrzymywać nieprzerwany kontakt z językiem, jego znajomość uda nam się przechować bez podejmowania żadnego dodatkowego wysiłku.

Karolina Łukasik

Istnieje popularne przekonanie o wyjątkowym językowym talencie dzieci, który znika w późniejszych okresach życia. Ale czy przekonanie to jest prawdziwe? Czy rzeczywiście ci z nas, którzy nie urodzili się w dwujęzycznym środowisku ani nie chodzili do dwujęzycznego przedszkola, są na z góry straconej pozycji?


Obcego języka można się idealnie nauczyć tylko we wczesnym dzieciństwie, więc nie spodziewajcie się, że kiedyś będziecie mówili z oksfordzkim akcentem – takie były pierwsze słowa mojej nauczycielki angielskiego, która zaczęła uczyć moją klasę w połowie gimnazjum. Abstrahując od wątpliwego dydaktycznego sensu tej wypowiedzi, trudno pozbyć się wrażenia, że owa nauczycielka dotknęła zaledwie powierzchni problemu, z jakim nauka boryka się od dawna.
W literaturze naukowej na temat dwujęzyczności i uczenia się języków od wielu lat toczy się dyskusja na temat tak zwanego okresu krytycznego lub okresu wrażliwości (critical/sensitive period). Miałby to być ograniczony czas, w którym zarówno mózg, jak i umysł dziecka byłby najlepiej przystosowane do nauki języka – zarówno pierwszego, jak i kolejnych. Brad Marshall, językoznawca z Uniwersytetu Harvarda, uważa, że okres krytyczny miałaby trwać najpóźniej do wczesnego wieku nastoletniego, czyli 12-13 lat i byłby stanem neurologicznej i poznawczej gotowości do nabywania języka.
Dzieci uczą się jakby mimochodem
Wraz z rozwojem metod badawczych proponowano coraz bardziej szczegółowe wyjaśnienia tego zjawiska na poziomie biologicznym: od liczby połączeń między neuronami w mózgu, która u dzieci jest wielokrotnie większa niż u dorosłych, aż po sugestie, że szybszy metabolizm cukrów i zwiększone zużycie glukozy w organizmie dziecka sprzyja bardziej efektywnemu uczeniu się. Bez względu na te różnice, większość naukowców daleka jest jednak od kategorycznych stwierdzeń, że tylko w okresie krytycznym możemy się w pełni skutecznie uczyć języków. Mózg dziecka i dorosłego bez wątpienia różni się, ale brak dowodów, że te różnice determinują efektywność uczenia się drugiego języka. Oczywiście, trudno oprzeć się wrażeniu, że tylko dzieci uczą się jakby mimochodem, szybko i bez trudu, a od dorosłych – czy nawet od nastolatków – nauka ta wymaga dużo większego wysiłku i nigdy nie przynosi aż tak dobrych rezultatów. Gdy jednak przyjrzymy się poszczególnym obszarom wiedzy językowej, na przykład zasobności słownictwa, znajomości gramatyki czy wymowie, okazuje się, że przewaga dzieci wcale nie jest tak jednolita i jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać.
Najmniej kontrowersji wśród naukowców budzi zdolność do nabywania kompetencji fonologicznej, czyli uczenie się właściwej danemu językowi wymowy poszczególnych dźwięków i intonacji całych zdań. Liczne badania pokazują, że pod tym względem dzieci rzeczywiście mają przewagę nad dorosłymi – oznacza to, że poniekąd moja nauczycielka z gimnazjum miała rację.
Mówienie z akcentem
Eksperymenty poświęcone przetwarzaniu mowy pokazują, że dzieci rodzą się ze zdolnością do rozróżniania dźwięków, jakie istnieją we wszystkich językach, ale około pierwszego roku życia bezpowrotnie tracą tę umiejętność, skupiając się wyłącznie na dźwiękach występujących w otaczającym je języku (językach). Oznacza to jednocześnie, że od tej pory wszystkie inne dźwięki (nieistniejące w językach, które je otaczają) będzie słyszało niejako przez pryzmat mowy ojczystej, mając kłopot np. z zauważeniem i odtworzeniem subtelnych różnic w dźwiękach bardzo podobnych między językami – stąd właśnie „mówienie z akcentem”. Kolejny etap tej fonologicznej „specjalizacji” ma miejsce miedzy czwartym a ósmym rokiem życia, czyli w okresie, kiedy dzieci zaczynają uczyć się czytać, i przestają słyszeć bardziej wyraziste różnice. Z drugiej strony, badania przeprowadzone na angielskojęzycznych osobach uczących się chińskiego pokazują, ze wrażliwość ta nie znika bezpowrotnie: kiedy dorosłe osoby skupiły się tylko na brzmieniu słów, a nie ich znaczeniu, ich zdolność do dostrzegania różnic między dźwiękami, a tym samym – potencjalna zdolność do odtworzenia tych dźwięków – znacząco wzrasta.
Zdecydowanie mniej zależna od wieku jest skuteczność uczenia się nowych słów w nowym języku. Jak pisze John Brewer w książce „Mit pierwszych trzech lat”, przetwarzanie słownictwa nie zmienia się znacząco wraz z dojrzewaniem mózgu, wydaje się, że sieci neuronalne, które pozwalają nam przetwarzać informacje semantyczne i zapamiętywać nowe słowa rozwijają się wcześnie w życiu i przez długi czas pozostają efektywne, a nawet pod niektórymi względami zaczynają funkcjonować coraz lepiej: na przykład dorośli skuteczniej niż dzieci korzystają z już opanowanego słownictwa i kojarzą nowe słowa z poznanymi wcześniej.
Równie optymistycznie dla dorosłych uczących się języków wyglądają doniesienia na temat gramatyki. W książce „In other words” Ellen Bialystok i Kenji Hakuta twierdzą nieco patetycznie, że „zdumiewająca ludzka zdolność do uczenia się gramatyki nie opuszcza nas tak długo, jak długo jesteśmy ludźmi”. Gdy przyjrzymy się wynikom badań w tym obszarze, można zauważyć, że wiek ma jednak wpływ na pewne aspekty wiedzy gramatycznej: na przykład dzieci skuteczniej opanowują niuanse związane z używaniem czasów gramatycznych czy przedimków, ale już charakterystycznej dla danego języka kolejności słów w zdaniu bez większych problemów możemy się nauczyć również w późniejszym wieku. Badania nad bardziej skomplikowanymi strukturami gramatycznymi i przetwarzaniem całych zdań pokazują wręcz, że na wczesnym etapie nauki dorośli uczą się gramatyki szybciej, prawdopodobnie dzięki rozwiniętemu myśleniu analitycznemu i zdolności do przyswajania abstrakcyjnych wzorców, których dzieci jeszcze nie posiadają, a także możliwości korzystania z wiedzy o ojczystym języku i budowania skojarzeń między dwoma systemami gramatycznymi.
Takie wykorzystywanie opanowanej wcześniej wiedzy określane jest w literaturze mianem transferu: pozytywnego, jeśli „stary” język pomaga nowemu albo negatywnego, jeśli przeszkadza. U dorosłych jednak zdecydowanie częściej mamy do czynienia z tym drugim. Brian MsWhinney, psycholog rozwojowy zajmujący się mechanizmami nabywania języka, zaproponował cały model ilustrujący interferencję, czyli wzajemny wpływ jednego języka na drugi. W modelu tym proces uczenia się języka jest niejako sumą konfliktów między słowami, dźwiękami, konstrukcjami gramatycznymi, które to konflikty muszą być każdorazowo rozwiązywane na korzyść nowego języka, żeby możliwe stało się opanowanie go. Jest to tym trudniejsze zadanie, im lepiej opanowany i dłużej używany był język dominujący – pierwszy język, dlatego właśnie rozwiązywanie tych konfliktów przychodzi dzieciom zdecydowanie łatwiej: w ich umyśle oba języki mają równe, a przynajmniej bardziej wyrównane szanse.
Warto również zwrócić uwagę na psychologiczne aspekt procesu uczenia się języka. Do bardzo ciekawych wniosków prowadzą badania przeprowadzone przez Madeline Ehrman i Rebeccę Oxford. Badaczki te pokazały, że dla sukcesu w uczeniu się drugiego języka większe znaczenie niż wiek ma… pewność siebie osoby uczącej się, związana mocno z niskim poziomem obawy przed porażką i dużą motywacją do bycia częścią społeczności posługującej się tym językiem, a także poczuciem bycia akceptowanym przez tę grupę. Istotne jest również podejście do porażek i oczekiwania, które mamy wobec siebie: zdecydowanie lepiej, jeśli umiemy być wobec siebie wyrozumiali i nie oczekujemy, ze po półrocznym kursie hiszpańskiego będziemy czytać Cervantesa i swobodnie konwersować używając zdań wielokrotnie złożonych z miłym nieznajomym, napotkanym na ulicy w Madrycie.
Wydaje się zatem, że nawet jako dorośli, sterując swoją motywacją, mamy szanse przezwyciężyć ograniczenia i całkiem skutecznie nauczyć się kolejnego języka – na co, wbrew powszechnemu przekonaniu o magicznej wiekowej granicy, mamy częste dowody w codziennym życiu.

Joanna Durlik

Umiejętność rozumienia języka mówionego można poprawić oglądając filmy z napisami. Jednak, żeby oglądanie przyniosło efekt, napisy muszą być w tym samym języku, co film – wskazują badania przeprowadzone w Instytucie Maxa Plancka.


W badaniu Mitterera i McQueena holenderscy studenci oglądali filmy, w których aktorzy mówili po angielsku z nieznanym osobom badanym akcentem (na przykład szkockim albo australijskim). Już po 25 minutach kontaktu z filmem studenci lepiej rozumieli nowe akcenty. Postępy badanych były większe, jeśli podczas projekcji filmu dodatkowo wyświetlano napisy po angielsku. Co ciekawe, wyświetlanie holenderskojęzycznych napisów obniżało efektywność uczenia.
Zdaniem autorów badania, dodanie do filmu napisów w tym samym języku, co ścieżka dźwiękowa ułatwia zidentyfikowanie w mowie aktorów poszczególnych słów. Dzięki temu widzowie mogą zaobserwować, jak w obecnym w filmie akcencie realizowane są różne głoski. Wyświetlanie napisów w innym języku pozwala oglądającym na zrozumienie wypowiedzi bez słuchania, przez co odciąga uwagę widzów od wymowy aktorów.

Magdalena Łuniewska

Źródło: Mitterer, H., & McQueen, J.M. (2009). Foreign subtitles help but native-language subtitles harm foreign speech perception. PLoS One 4, A146-A150. doi: 10.1371/journal.pone.0007785

Jak dowodzą badania naukowe, języki znane osobie dwujęzycznej są ze sobą ściśle powiązane i wzajemnie na siebie wpływają.


Dwujęzyczność wiąże się z kilkoma mitami. Pierwszy z nich, co już wiemy, dotyczy poziomu znajomości języków, jaki musi cechować osobę dwujęzyczną. Drugi – sposobu powiązania języków w jej umyśle. Wiele osób wciąż sądzi, że są one od siebie niezależne i w żaden sposób nie łączą się ze sobą, co słynny szwajcarski językoznawca Francois Grosjean sprowadził do metafory dwóch osób jednojęzycznych w jednym ciele.
Wyobraźmy sobie radio, które ma zaprogramowane dwie stacje – np. program I Polskiego Radia, a druga to BBC 1. Gdy naciskamy przycisk 1, odzywa się głos spikera mówiącego po polsku, gdy naciskamy przycisk 2 – słyszymy jak wiadomości czyta osoba angielskojęzyczna. Wielu rzeczy nie wiemy odnośnie tego, jak nasz mózg przetwarza języki, ale jedno wiemy niemal na pewno – w naszym mózgu nie ma takiego przełącznika, który potrafiłby „wyłączyć” jeden język i „włączyć” drugi.
Płotkarz to nie sprinter ani skoczek wzwyż
Nieporozumienia związane z postrzeganiem osób dwujęzycznych biorą się zazwyczaj stąd, że refleksja nad dwujęzycznością przez długi czas była prowadzona z perspektywy osób jednojęzycznych, którzy stanowili „normę”, a zadaniem nauki było opisanie wszelkich „odstępstw” od tej normy.
Postrzeganie jednojęzyczności jako normy rodzi kilka konsekwencji. Pierwsza z nich, a zarazem najważniejsza z praktycznego punktu widzenia jest taka, że oceniało (a może wciąż się ocenia) poziom znajomości każdego z języków w odniesieniu do „normy”, a mianowicie poziomu znajomości języka, jaka cechuje osobę jednojęzyczną. Jak już wcześniej wspominaliśmy, dwujęzyczni zazwyczaj używają znanych sobie języków w różnych okolicznościach (np. w szkole i w domu), i stąd każdy z nich znają nieco inaczej. Tak więc np. polskie dziecko żyjące i chodzące do szkoły w Wielkiej Brytanii będzie zazwyczaj potrafiło nazwać operacje matematyczne po angielsku, natomiast nazwy potraw czy sprzętów domowych – po polsku.
Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że szkolne testy językowe stawiają takie dzieci na pozycji przegranej w stosunku do jednojęzycznych rówieśników. Ci ostatni mają bowiem bogatsze słownictwo od dwujęzycznych w tym jednym jedynym znanym sobie języku, ale gdyby zsumować liczbę słów, które znają dwujęzyczni (w obu językach), to ci drudzy mają znaczną przewagę.
François Grosjean porównywał osobę dwujęzyczną do płotkarza, od którego nikt nie wymaga, że będzie zdobywał medale w skoku wzwyż i sprincie, skoro - jakby mogło się wydawać sportowym laikom – bieg przez płotki łączy w sobie elementy tych dwóch dyscyplin. Podobnie nikt nie powinien wymagać od osób dwujęzycznych, aby współzawodniczyli z jednojęzycznymi w testach językowych, ale powinien im pozwolić startować w ich własnej, odrębnej „konkurencji”.
To nie niechlujstwo językowe
Kolejną naturalną konsekwencją patrzenia na osobę dwujęzyczną z perspektywy jednojęzycznej jest mylne postrzeganie wzajemnych relacji pomiędzy językami znanymi takiej osobie. I tu wracamy do naszej metafory przełącznika radiowego. Mogłoby się wydawać, że języki te są jakby niezależnymi bytami, które aktywizują się tylko wtedy, gdy zachodzi taka bezpośrednia potrzeba. Stąd do niedawna uważano wszelkiego rodzaju zapożyczenia i wtrącenia obcojęzyczne za dowód niechlujstwa językowego w najlepszym przypadku, a w najgorszym – za dowód zaburzeń.
Tymczasem wyniki badań naukowych wskazują, że języki w umyśle osoby jednojęzycznej nie są wobec siebie autonomiczne, lecz ściśle powiązane, żeby nie powiedzieć splecione w mocnymi uścisku. Gdy chcemy powiedzieć coś w jednym z nich, to ten drugi nie dość, że nie jest wyłączony, wprost przeciwnie, aktywuje się w tym samym czasie. Mało tego, zanim osoba dwujęzyczna coś powie, do samego końca w jej umyśle trwa „walka” pomiędzy znanymi jej językami o to, w którym z nich ostatecznie zostanie sformułowana wypowiedź. „Walka” ta oczywiście trwa ułamki sekundy i toczy się poza świadomością mówiącego.
Fałszywi przyjaciele...
Powstaje pytanie, skąd naukowcy to wiedzą. Otóż, zostało przeprowadzonych wiele eksperymentów, często bardzo pomysłowych, z udziałem osób dwujęzycznych, które ujawniły jednoczesną aktywację języków w umyśle osób dwujęzycznych. Pomysłowość ich polegała na tym, aby sprowokować nieświadome ujawnienie się interferencji, czyli „przecieków” z jednego systemu językowego do drugiego. Pretekstem do tego była np. prezentacja słów łączących pewne cechy charakterystyczne dla obydwu znanych badanym języków np. formę, brzmienie (homofony, homografy – czyli tzw. „fałszywi przyjaciele”, itp.), ale np. posiadające różne znaczenia. Jak się okazywało w większości przypadków, reakcje osób badanych ujawniały, że to drugie „znaczenie” w jakiś sposób było obecne w ich umyśle. W jednym z badań (przeprowadzonym przez Michaela Spiveya i Viorikę Marian w 1999 r.) okulograf, czyli urządzenie śledzące ruch gałek ocznych wskazywał, że badani znający rosyjski i angielski proszeni po angielsku o wskazanie np. pisaka (ang. „marker”) znacząco spoglądali przez pewien czas na znaczek (ros. „marka”). W innym badaniu przeprowadzonym w języku hiszpańskim i wykorzystującym element zaskoczenia, osoby posługujące się biegle językami katalońskim i hiszpańskim widząc obrazek przedstawiający stół (hiszp. mesa) twierdziły, że w hiszpańskim słowie oznaczającym ten mebel występuje głoska „t”, co jest prawdą tylko w przypadku jego katalońskiego ekwiwalentu („taula”).
Kto studiował w Kalifornii?
Nieco inny eksperyment przeprowadziła Paola Dussias z Penn State University. Poprosiła, aby hiszpańskojęzyczni uczestnicy badania przeanalizowali nieco niezręcznie sformułowane zdanie w języku hiszpańskim, które można przetłumaczyć w sposób następujący: „Maria zakochała się w synu psychologa, który studiował w Kalifornii”, a następnie odpowiedzieli na pytanie, kto tak właściwie – syn czy ojciec – odbył swoje studia w tym amerykańskim stanie leżącym nad Payfikiem. Specyfika języka hiszpańskiego wskazuje na to, że osoby, dla których jest on językiem ojczystym odpowiedzą, że to ukochany Marii zdobył wykształcenie w Kalifornii. W przeciwieństwie do nich, osoby angielskojęzyczne raczej będą się skłaniały do wersji, że to ojciec psycholog tam studiował. Zgodnie z przypuszczeniami, osoby jednojęzyczne w większości wskazywały na syna. Zupełnie inaczej zachowywali się ci z badanych, którzy poza hiszpańskim (językiem ojczystym) mówili biegle także po angielsku. Spory procent z nich przypisywał kalifornijskie wykształcenie ojcu.
Eksperyment ten nie tylko wskazuje na to, że w umyśle osoby dwujęzycznej równocześnie aktywne są dwa języki, ale także jeszcze na coś innego: drugi język modyfikuje w pewnym stopniu to, w jaki sposób używamy tego pierwszego. Wiele innych badań wskazuje na wzajemne oddziaływanie na siebie języków – w tym drugiego na pierwszy. To, co daje się zaobserwować w laboratorium potwierdza nasze intuicje: nierzadkie jest przejmowanie („transfer”), słów lub całych wyrażeń z języka obcego na ojczysty. Gdy znamy drugi język stajemy się jakby bardziej tolerancyjni względem tego, co jest akceptowalne w naszym ojczystym języku – nasz język staje się bardziej elastyczny lub – jak kto woli – „zanieczyszczony”.
Co ciekawe zmienia się też sposób w jaki opisujemy przedmioty w świecie, a także sposób, w jaki je wymawiamy. Niektórzy badacze zwracają też uwagę na wyższy stopień świadomości metajęzykowej, która towarzyszy poznawaniu drugiego języka, i która powoduje wzbogacenie tego pierwszego. W literaturze przedmiotu wymienia się pisarzy i poetów, których mistrzostwo stylu można przypisać dwujęzyczności. Brytyjski badacz Vivian Cook przytacza przykłady Chinuy Achebe, Johna Miltona, Samuela Becketta i Rabindranatha Tagore, jako tych, których geniusz artystyczny wspiął się na wyższy poziom, dzięki znajomości dwóch lub więcej języków. Z pewnością o wielu polskich pisarzach i poetach można powiedzieć to samo.
Jak widzimy więc postrzeganie osoby dwujęzycznej jako dwóch osób jednojęzycznych to ślepa uliczka. Znajomość drugiego języka zawsze będzie nam już towarzyszyć, nawet gdy będziemy mówić w naszym ojczystym. Mało tego, drugi będzie nawet konkurować z pierwszym, gdy tylko będziemy chcieli coś powiedzieć, a także i na nim wywrze swoje piętno.

Karol Chlipalski

Choć ponad pół świata używa na co dzień przynajmniej dwóch języków, to jednak w niektórych społeczeństwach wciąż żywe są uprzedzenia i stereotypy związane z dwujęzycznością.
Większość osób, wychowywanych w rodzinie dwu- lub wielojęzycznej uznaje to za ciekawe i wzbogacające doświadczenie. Mimo to, w wielu krajach wciąż jeszcze sceptycznie podchodzi się do uczenia się przez dzieci więcej niż jednego języka. Opinia, że wychowywanie wielojęzyczne to dla dziecka zbyt duży wysiłek, który negatywnie wpływa na rozwój – zarówno ten językowy, jak i emocjonalny, jest dość powszechna. Od dawna panuje stereotyp, że osoby wychowywane w dwóch językach, w żadnym z nich nie czują się pewnie – wyjaśnia Antonia Loick z Instytutu Goethego. A stereotypów takich – nie tylko w społeczeństwie niemieckim – jest wiele. Biorą się one najczęściej z niewiedzy, ale też często są pokłosiem nierzetelnych badań nad dwujęzycznymi dziećmi, jakie prowadzono w pierwszej połowie XX wieku.

Imigranci z biedniejszych części świata

Zastanawiając się nad źródłem stereotypów na temat osób dwujęzycznych należy przede wszystkim pamiętać, że powstawały one przede wszystkim w zamożnych krajach Europy zachodniej i Ameryki Północnej, gdzie dominowała (albo wciąż jeszcze dominuje) kultura związana z jednym językiem. A stamtąd dopiero stereotypy rozpowszechniły się w innych częściach świata. Dwujęzyczni w tych krajach byli przede wszystkim przedstawiciele mniejszości narodowych, których status społeczny i materialny był niższy niż w przypadku przedstawicieli dominującej kultury, a także imigranci z biedniejszych części świata. I tak  dwujęzycznych postrzegano przez pryzmat np. Walijczyków w Wielkiej Brytanii czy francuskojęzycznych mieszkańców Quebeku w Kanadzie, bądź niewykwalifikowanych gastarbeiterów z Europy wschodniej czy robotników sezonowych z Hiszpanii i Portugalii. Ich poziom wykształcenia z reguły ustępował poziomowi wykształcenia przedstawicieli kultury dominującej, więc ci ostatni patrzyli na nich z wyższością. Stąd powoli wytworzyło się przekonanie, że dwujęzyczni imigranci dopiero wtedy staną się pełnowartościowymi obywatelami nowych ojczyzn, gdy odrzucą język i kulturę, którą przywieźli z kraju pochodzenia. Czyli staną się jednojęzyczni.

Błędy wczesnych badań

Swoją rolę w utrwaleniu stereotypów nt. osób dwujęzycznych odegrała też nauka. Pierwszym badaniom nad dwujęzycznością przyświecał często jeden cel – „naukowe” wyjaśnienie, dlaczego dzieci dwujęzyczne radzą sobie w szkole gorzej od swoich jednojęzycznych rówieśników. Wyrazistym przykładem takiego podejścia są np. prace brytyjskiego naukowca D.J. Saera, który w 1923 roku prowadził badania z udziałem dzieci z obszarów wiejskich w Walii. W ramach tych badań porównywał wyniki testów na inteligencję dzieci, które posługiwały się w domach językiem walijskim z jednojęzycznych dziećmi używającymi wyłącznie języka angielskiego. Na podstawie wyników, jakie zebrał, wysnuł wnioski, że dzieci dwujęzyczne wypadają gorzej w testach na inteligencję od swoich jednojęzycznych rówieśników oraz że przejawiają – jak to określił – „dezorientacją umysłową” (mental confusion). Wprawdzie użyte w badaniu testy na inteligencję zostały przetłumaczone na walijski, ale w tłumaczeniu nie wzięto pod uwagę kontekstu kulturowego, który może ważyć na poprawności udzielanych odpowiedzi. Saerowi umknął także fakt, że dzieci dwujęzyczne pochodziły z reguły z biedniejszych rodzin, a ich rodzice zazwyczaj nie mieli żadnego wykształcenia. Do podobnych wniosków, co Saer, dochodziło w pierwszej połowie XX wieku wielu badaczy. Przyglądając wyniki ówczesnych badań, można ulec przekonaniu, że dwujęzyczni niemal zawsze wypadają gorzej, niż jednojęzyczni w testach poznawczych. Dochodziło wręcz do tego, że dwujęzyczność traktowano jako rodzaj „upośledzenia”.
Na szczęście na początku lat 60. ubiegłego wieku sytuacja badań nad dwujęzycznością stopniowo zaczęła się zmieniać, a stało się to za sprawą dwójki kanadyjskich badaczy - Elizabeth Peal i Wallace’a E. Lamberta z Uniwersytetu McGill w Montrealu. Przeprowadzili oni badanie z udziałem dwujęzycznych (francuski i angielski) i jednojęzycznych (francuski) dziesięciolatków uczęszczających do szkół francuskojęzycznych w Montrealu. W badaniu tym, dzieci dwujęzyczne nie odstawały od swoich jednojęzycznych rówieśników pod względem społeczno-ekonomicznym, ani pod względem znajomości języka, w którym przeprowadzono testy. Okazało się, że górowały one wręcz nad jednojęzycznymi w testach inteligencji i to zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej. Od tego czasu przy planowaniu badań porównujących poziom rozwoju poznawczego osób jedno- i dwujęzycznych, badacze starają się dopasować obie badane grupy (dwujęzyczną i kontrolną – jednojęzyczną) pod względem jak największej liczby cech, które mogą wpływać na rozwój poznawczy (takich jak status społeczno-ekonomiczny czy długość kontaktu z drugim językiem). Dzięki takiemu dopasowaniu ograniczamy wpływ owych cech na wyniki i możemy mieć większą pewność, że ewentualną różnicę między badanymi przypisać można dwujęzyczności.

Złodziej zasobów

Pomimo iż od przełomowych badań Peal i Lamberta upłynęło już pół wieku, poglądy o niższości osób dwujęzycznych nie znikają. Głęboko zakorzenione jest przekonanie, że nauka drugiego języka zabierze zasoby potrzebne dziecku do prawidłowego rozwoju, a to odbije się m.in. na wynikach szkolnych. Polacy, mieszkający w Wielkiej Brytanii, często żalą się, że nauczyciele sugerują, że dla dobra dzieci powinni zaprzestać mówić w domu w języku ojczystym, a skupić się na tym, żeby dziecko nauczyło się poprawnie mówić po angielsku.
Postrzeganie dzieci dwujęzycznych jako tych, które gorzej sobie radzą w szkole ma też miejsce np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie szkoły obawiają się, że uczniowie z rodzin imigranckich, którzy dopiero co rozpoczęli naukę w Stanach Zjednoczonych, zaniżą średnią wyników. W związku z tym częste są przypadki, że np. wyklucza się ich z udziału w testach końcowych, których wyniki mają wpływ na opinię o szkole. Niesłusznie, bo jak się okazuje, stosunkowo szybko dwujęzyczne dzieci okazują się oni lepsze od swoich jednojęzycznych rówieśników. Mówi o tym w wywiadzie udzielonym serwisowi „Wszystko o dwujęzyczności” dr Megan Hopkins z Pennsylvania State University (link). Uczniowie, pochodzący z mniejszości etnicznych trafiają również częściej niż inni to szkół specjalnych. Problem ten opisały badaczki z Uniwersytetu w Miami Beth Harry i Janette Klinger w książce "Dlaczego tak wielu uczniów z mniejszości narodowych trafia do szkół specjalnych"(„Why are so many minority students in special education?".
Dwujęzyczności przypisuje się także wpływ na różnego rodzaju zaburzenia rozwojowe zarówno te poważne, jak i zupełnie drobne. – Podczas dyżurów, zatroskani rodzice często pytają mnie, czy ewentualne problemy lub „przypadłości” ich dzieci – np. jąkanie -  mogą być związane z dorastaniem w dwujęzycznym środowisku – tłumaczy Jürgen Meisel z Centrum ds. wielojęzyczności w Hamburgu, który od kilkudziesięciu lat zajmuje się naukowo kwestią przyswajania przez dzieci kilku języków naraz.

Schizofrenia językowa?

Dwujęzyczność zdaje się być również być dla wielu problemem społecznym. Jak przypomina Barbara Zurer Pearson w swojej książce pt. Jak wychować dziecko dwujęzyczne, nie tak dawno temu jeden z ministrów spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii mówił : „Używanie raczej angielskiego niż języka ojczystego pomogłoby pokonać schizofrenię językową, która komplikuje relacje międzypokoleniowe w rodzinach imigrantów”.
Postrzeganie dwujęzyczności jako czegoś nienormalnego, jest charakterystyczne dla osób, które nadal tkwią w jednojęzycznej kulturze i nie miały szansy poznać innych języków i przekonać się jak wzbogacające jest to doświadczenie. Biorąc pod uwagę, że takich osób jest coraz mniej na świecie, opinie o niższości dwujęzycznych i szkodliwości nauki dwóch języków w dzieciństwie prędzej czy później znikną. Zanim jednak tak się stanie, wiele dwujęzycznych dzieci może zostać skrzywdzonych przez rzeczników jednojęzycznej „normalności”.

Joanna Kołak

Do niedawna powszechne było przekonanie, że dwujęzyczność ma zły wpływ na osoby, szczególnie dzieci, których była udziałem. Jednak od pewnego czasu przeważa opinia, że jest wprost przeciwnie. W ostatnich latach naukowcy stworzyli cały katalog korzyści, jakie wiążą się z dwujęzycznością. I ciągle dostarczają nam coraz więcej dowodów na jej dobroczynny wpływ na różne sfery życia.


W 2007 roku kanadyjska badaczka, prof. Ellen Bialystok, opublikowała artykuł o wpływie dwujęzyczności na demencję. Na podstawie badania przeprowadzonego w szpitalu geriatrycznym w Toronto, sformułowała tezę, że osoby dwujęzyczne zapadają na demencję o – średnio – 4,1  roku później niż jednojęzyczne (obok publikujemy wywiad z prof. Bialystok, w którym opowiada ona m.in. o tym oraz innych badaniach, jakie prowadziła i aktualnie prowadzi). Niewiele doniesień z tej dziedziny z psychologii przebija się do mediów, to jednak badanie było szeroko cytowane w chyba wszystkich krajach świata. Jednak opóźnienie starzenia się mentalnego nie wyczerpuje bynajmniej wszystkich korzyści, jakie daje dwujęzyczność, choć być może ta korzyść jest najbardziej spektakularna.
Na tłumaczeniu można zarobić
Niektóre korzyści płynące z umiejętności biegłego posługiwania się obcą mową są oczywiste. Szczególnie te praktyczne – dzięki znajomości dwóch (lub więcej) języków możemy zarabiać pieniądze, np. tłumacząc z jednego języka na drugi, czy pośrednicząc w różnego rodzaju wymianach np. handlowych, kulturalnych, politycznych, pomiędzy ludźmi mieszkającymi w różnych krajach, władających różnymi językami. Znajomość języków otwiera również nowe możliwości w zawodach, które niekoniecznie wiążą się z bezpośrednimi kontaktami z ludźmi z innych krajów i kultur; pomaga np. naukowcom, którzy dzięki temu, że znają języki mogą zapoznawać się z publikacjami, które w przeciwnymi wypadku byłyby dla nich niedostępne. Umożliwia ona wreszcie sukces zawodowy w innych krajach poszerzając tym samym możliwość wyboru miejsca zamieszkania, prowadzenia trybu życia, jaki sobie tylko wymarzymy.
Nic więc dziwnego, że liczne badania, prowadzone na całym świecie, wskazywały, że dwujęzyczni zarabiają lepiej niż jednojęzyczni. Orhan Agirdag z Uniwersytetu w Gandawie, który przeanalizował wysokość zarobków drugiego pokolenia migrantów w Stanach Zjednoczonych, doszedł do wniosku, że osoby znające biegle przynajmniej dwa języki, zarabiały średnio o przeszło dwa tysiące dolarów więcej niż ci z badanych, którzy utracili, bądź nigdy nie rozwinęli znajomości języka dziedzictwa. Z kolei w Polsce porównanie zarobków osób jedno- i dwujęzycznych piastujących stanowiska kierownicze, ujawniło, że ci kierownicy znający języki zarabiali średnio o 23 proc. więcej. Ale tylko ci z nich, którzy wykorzystywali znajomość języków w pracy – zastrzegają autorzy raportu z firmy Sedlak&Sedlak.
Jest wielce prawdopodobne, że dwujęzyczni byli w stanie zarobić więcej nie tylko dlatego, że posiedli umiejętności związane ze znajomością języka, które udało im się przełożyć się w sposób bezpośredni na zarobki (np. umiejętność tłumaczenia). Jak już od pewnego czasu wiadomo, dwujęzyczność niesie ze sobą także wiele innego rodzaju korzyści, a wśród nich takie, które doceni każdy pracodawca. Są to m.in. sprawniejsze myślenie dywergencyjne czy bardziej rozwinięta uwaga selektywna.
Samowiedza na temat języka
Myślenie dywergencyjne to nic innego, jak umiejętność znajdowania możliwie jak największej liczby rozwiązań określonego problemu. Natomiast, uwaga selektywna to umiejętność abstrahowania od nieistotnych informacji. Osoba dwujęzyczna będzie umiała się lepiej skoncentrować się na swojej pracy, gdy np. nad jej głową współpracownicy będą ucinali sobie pogawędkę. Przydatność obu tych umiejętności jest nie do przecenienia w codziennym życiu i w dużym stopniu stanowi o sukcesie zawodowym. Inną zdolnością, która  znajdzie uznanie u każdego pracodawcy, to umiejętność sprawnego przełączania się między zadaniami. Osoby używające na co dzień co najmniej dwóch języków będą potrafiły skuteczniej monitorować czynności jakie wykonują jednocześnie zmniejszając ryzyko, że jedna z nich wymknie się spod ich kontroli.
Natomiast dzieci, które znają dwa języki, prędzej niż ich rówieśnicy uzyskują tzw. metaświadomość językową, czyli samowiedzę na temat języka. Szybciej zorientują się, że język posiada pewną strukturę tzn., że np. słowa składają się z dźwięków, zdania ze słów itp. Zrozumieją także, iż słowa mają charakter arbitralny tzn., że pewien rodzaj umowy czyni stół stołem, a nie jakieś przyrodzone jego cechy. Dzięki tej świadomości dzieci dwujęzyczne szybciej nauczą się pisać i czytać, a także będą mogły w sposób bardziej świadomy, a zatem szybszy i bardziej skuteczny poznawać kolejne języki. W szkole i w życiu pomoże im także wcześniej rozwinięta umiejętność przyjmowania „cudzej perspektywy”, czyli patrzenia na zagadnienie oczami innych.
Bogatszy świat dzięki drugiemu językowi
Znajomość dwóch języków, a co za tym idzie – dwóch kultur, może przydać nam także korzyści duchowych, wzbogacić nas wewnętrznie. Jak powiedział słynny niemiecki filozof Ludwik Wittgenstein, „granice mojego języka, wyznaczają granice mojego świata”. Oznacza to, że znając tylko jeden język jesteśmy do pewnego stopnia zdeterminowani w patrzeniu na świat poprzez charakter tego języka – poznając inny język przesuwamy te granice czyniąc nasz świat większym i bardziej złożonym. Uczy nas o tym teoria względności językowej (relatywizmu językowego), która zakłada, że język, którym mówimy, wpływa na nasz sposób myślenia i widzenia świata. O tym, że ten sam problem widziany przez pryzmat jednego języka może jawić się nam zupełnie inaczej, gdy patrzy się przez pryzmat innego, przekonuje nas w żartobliwy sposób Eva Hoffman, kanadyjska pisarka polsko-żydowskiego pochodzenia. W swoich wspomnieniach pt. „Zagubione w przekładzie”, wspomina, jak prowadziła monolog wewnętrzny na temat tego, czy powinna wyjść za mąż, czy nie. Wniosek z tych rozważań, był odmienny, w zależności od tego, czy rozważała argumenty po polsku czy po angielsku.
Łyżka dziegciu
Nie sposób wymienić tu wszystkich korzyści, z jakimi wiąże się dwujęzyczność, jednak dla pełnego obrazu powinniśmy się zająć także pewnymi utrudnieniami, z którymi może być związana znajomość więcej niż jednego języka. Tak więc – statystycznie rzecz biorąc - osoby dwujęzyczne mają większe trudności z wydobywaniem słów z pamięci, np. częściej doświadczają uczucia, że mają jakieś słowo na „końcu języka”, ale nie mogą sobie go przypomnieć. Ukazały to np. zadania eksperymentalne polegające na nazywaniu przedmiotów znajdujących się na obrazkach, wyliczania z pamięci słów należących do określonej kategorii (np. rozpoczynających się literę „f”). Co ciekawe, dwujęzyczni wykonywali te badania wolniej zarówno w swoim drugim języku, co jest zrozumiałe, ale także i w pierwszym. Różnice w czasie reakcji nie przekraczały jednak setnych części sekundy, co w warunkach pozalaboratoryjnych nie jest zauważalne. Należy jednak zaznaczyć, że różnice – zarówno te na korzyść osób dwujęzycznych i te na ich niekorzyść – zostały wychwycone dzięki porównywaniu ze sobą grup złożonych z reprezentatywnej liczby osób jedno- i dwujęzycznych, których wyniki uśredniano. Nie można więc porównywać ze sobą dwóch konkretnych osób i przypisywać im jakichkolwiek przewag wiążąc je z dwujęzycznością lub jej brakiem.
Dwujęzyczni mają też statystycznie mniejsze słownictwo od jednojęzycznych, ale – UWAGA! – tylko w każdym z języków z osobna. Nie może być w tym nic dziwnego, ponieważ każdy wzbogaca swoje słownictwo poprzez rozmowy i lektury. Gdy więc dzieli swój czas na używanie dwóch (lub więcej) języków, siłą rzeczy ma mniej okazji w porównaniu z osobą jednojęzyczną, by poznawać nowe słowa w każdym z nich z osobna. Ale gdyby traktować znajomość słów łącznie w jednym i drugim znanym języku, z reguły okaże się, że osoba dwujęzyczna zna ich zdecydowanie więcej. 
Odrębnym pytaniem jest, czy dwujęzyczność ma wpływ na zaburzenia rozwojowe czy językowe). Jest to temat skomplikowany (zostanie poruszony w odrębnym wydaniu serwisu „Wszystko o dwujęzyczności”) i generalnie dotyczy tylko niewielkiej części populacji. Więc w zdecydowanej większości przypadków nieliczne minusy związane z dwujęzycznością nie przysłonią dobrodziejstw, jakie można czerpać ze znajomości więcej niż jednego języka. A te korzyści potrafią zmienić życie na lepsze, warto więc jest znać i używać języki, a tym bardziej uczyć ich dzieci.

Karol Chlipalski

KĄCIK MAMY

Mile dla Bartka / Miles for Bartek

Mile dla Bartka Największa polska impreza…

Kilka słów o Wielkanocy

„By na chwilę się zatrzymać I spojrzeć z…

Portret kobiecy

Portret kobiecy Musi być do wyboru. Zmieniać się,…

KĄCIK TATY

„Bo możemy robić małe rzeczy, za to z wielką miłością” Nie zapominajmy o okazywaniu sobie miłości i…

Przyciemnianie szyb – sposób na większe bezpieczeństwo dla Ciebie i Twojej rodziny

Czy zastanawialiście się kiedyś po co właściwie…

Rodzinny WALES RALLY GB 2015

Specjalnie dla WAS magazyn FANTAZJA przygotował…

Ojcowie w natarciu

W ostatnim czasie mam wielką przyjemność…