Zapisz się do newslettera

Jarosław Żyliński

Jarosław Żyliński

Jarosław Żyliński - psycholog, absolwent Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego(specjalizacja psychologia wychowawcza stosowana). Autor bloga http://jarekzylinski.blox.pl 

W ostatnim czasie bardzo dużo pracuje bajkami i nad bajkami. Obserwuję też rodziców i dzieci. Widzę, że dla tych pierwszych coraz częściej to jest jedno i to samo. Dla drugich zdecydowanie nie, dlatego zapraszam Was do przeczytania fragmentu mojej książki "Miłość i Wychowanie" o różnicy między bajkami oglądanymi i słuchanymi.

Bajki towarzyszą dzieciom znacznie mocniej niż dzieje się to w przypadku dorosłych, ponieważ nie potrafią one w pełni oddzielić świata fantastyki od swojego świata i tłumaczenie, że to tylko bajka może mijać się z celem.

Podstawową obroną dziecka przed zbyt strasznymi bajkami jest jego własny mózg. Kiedy dziecko słucha bajki, wówczas zostaje ona przepracowana przez jego wyobraźnię, która sama ustala jak wygląda np. smok z bajki albo zabicie strasznego potwora. Dzięki temu ta treść nie jest zagrażająca, nie jest zbyt przerażająca, do tego pasuje do wcześniej już ułożonych puzzli. Dziecko spokojnie asymiluje czytaną treść.

W przypadku bajek oglądanych mózg dziecka nie ma wyboru. Treść podawana nie jest zgodna z wyobraźnią dziecka ale twórcy. W związku z tym asymilowanie jej wymaga znacznie więcej wysiłku dziecka. Szczególnie jest to groźne w przypadku przerażających postaci, które potrafią się mocno wyryć w pamięci dziecka, bo przerastają gotowość dziecka na przyjęcie takich bodźców.

Trudno to sobie wyobrazić z punktu widzenia dorosłego, bo nasze doświadczenie i wyobraźnia są już wyszkolone na tyle, że wszystko wyobrażają sobie dosłownie, takim jakie jest. Dzieci powoli przyklejają sobie kolejne elementy, a te które jeszcze nie pasują – są spłaszczane albo pomijane. Być może mieliście jako dorośli doświadczenie sięgania po baśnie z dzieciństwa i musieliście spotkać się z niesamowitym doświadczeniem, że zawierają one taką masę słów czy nawet sytuacji, których jako dzieci nie mieliście prawa zrozumieć, a jednak być może pamiętacie te bajki bardzo dobrze. Wasz mózg po prostu pominął treści, które jeszcze nie pasowały.

Dlatego trzeba wprowadzić bardzo jasne rozgraniczenie między bajkami oglądanymi i czytanymi. Te drugie dają znacznie większy margines jeśli chodzi o to, czy są zbyt straszne dla dzieci. Przejdą jeszcze jeden filtr w postaci mózgu dziecka, który obroni je przed zbyt ostrymi treściami (choć także i tu nie jest tak, że przefiltruje on absolutnie wszystko, zwłaszcza jeśli chodzi o emocje). W przypadku bajek oglądanych treść ta przechodzi bezpośrednio do dziecka, pomijając wyobraźnię, dlatego źle dobrana może być dla niego znacznie bardziej przerażająca, niż teoretycznie mocniejsze treści książkowe.

 

Jarek Żyliński

www.jarekzylinski.blox.pl

 

Zaniedbywanie rytmu dnia i obowiązków, nieumiejętność dostrzegania innych, alternatywnych rozwiązań, histeryczne zachowania w przypadku braku dostępu, zmiana hierarchii wartości, spadek zainteresowania wobec czynności i biskich osób. Pojawia się agresja wobec bliskich, szczególnie jeśli stoją na drodze. Po zażyciu następuje znacząca zmiana aktywności mózgu i zachowania. Wbrew pozorom to nie jest artykuł o narkotykach ale o dziecięcej codzienności XXI wieku. Opisane zachowania towarzyszą osobom uzależnionym od narkotyków, alkoholu czy innych substancji. Są też coraz częściej w XXI wieku obecne u dzieci, które otrzymują swobodny dostęp do nadmiaru cukru i ekranów komputerowych/telefonicznych/telewizyjnych.

Tego typu utrata kontroli nad sobą oraz ataki histerii widzę u dzieci najczęściej w trzech sytuacjach. Kiedy się boją utraty rodzica – co jest adekwatne do faktu, że małe dzieci są realnie uzależnione od tej osoby, więc w sytuacji lęki są uzasadnione. Oraz pozostałe dwa czynniki, których wpływ na dzieci w XXI wieku jest zdecydowanie większy niż byśmy sobie życzyli. Nie kładłbym jednak telewizji i cukierka na szali z rodzicem. To zrobi dopiero uzależnione dziecko.

Deklaracja

W tym miejscu chciałem jasno określić, że te dwa tematy otrzymują u mnie bardzo silny priorytet. Będę starał się na te tematy wypowiadać często, otwarcie i bez ogródek.

Przyczyną takiej postawy jest absolutny brak świadomości społecznej, że my autentycznie mamy do czynienia z uzależnieniami dziecięcymi, które niszczą potencjał dzieci. Dajemy im swobodny dostęp i nie doceniamy tego zagrożenia.

Ilustracja

Jasną ilustracją niech będzie zachowanie dzieci, którym się odmawia. Jasne, dzieci potrafią być we wszystkim bardziej radykalne i trudniej im kontrolować emocje. Niemniej w sytuacjach dotyczących właśnie tych dwóch elementów reakcja potrafi być histeryczna. „Ja chcę!” jest jedynym i potężnie wykrzyczanym argumentem. Znacznie głośniej niż przy większości innych czynności.

Mechanizmy – media

W przypadku mediów problem polega na dwóch rzeczach. Pierwszy to przyssanie poznawcze. Dziecko jak każdy człowiek dąży do zrozumienia tego co go otacza, więc przygląda się uważnie nowym rzeczom w otoczeniu – w tym ekranom. Ekrany chirurgicznie wręcz trafiają w ośrodki mózgu reagujące zaciekawieniem. Dzieci potrafią się w ten sposób zahipnotyzować, dlatego rodzice są w stanie wtedy zająć się sobą – to właśnie ten mechanizm powoduje, że rodzice sprzedają dzieci tej używce, w zamian kupują czas.

Problem wzrasta na drugim elemencie uzależnienia – mózg dziecka przyzwyczaja się do tak silnej aktywności. Mózg nastawia się na odbieranie bardzo dużej liczby bodźców w związku z tym czynności, które wymagają koncentracji na jednym bodźcu stają się dlań bardzo trudne. Dziecko w takim stanie nie potrafi zjeść spokojnie posiłku, rysować, koncentrować się na lekcjach i pojedynczych czynnościach. Odczuwa wtedy nudę. „Włącz mi bajkę do śniadania” czy próby odrabiania lekcji przy telewizorze to norma przy takim stanie.

Przy czym to nie znaczy, że dorobiło się ultramózgu, który sobie poradzi z multitaskingiem i trzeba po prostu robić trzy rzeczy naraz. Nadmiar bodźców stresuje i niszczy organizm.

Mechanizmy – cukier

Cukier wywołuje szybkie poczucie szczęścia. Wynika to z szybkiego wystrzelenia poziomu glukozy, co wywołuje produkcję serotoniny. Co ciekawe, podobnie działają proste węglowodany, czyli np. kochane przez dzieci frytki.

Dziecko otrzymuje szybki strzał szczęścia (kojarzy się?). Skoro jest dostępne tak łatwo, to chce się tego więcej, choć organizm płaci za to cenę wzmożoną produkcją insuliny, co stopuje serotoninę i szczęście zmienia się w apatię. Do tego dochodzą huśtawki energetyczne.

Terapeutka Integracji Sensorycznej opowiadała mi kiedyś, że pojawiło się u niej dziecko o dramatycznie wysokim poziomie energii. Zmierzyła mu puls, miało ok 130 uderzeń na minutę, a przy ćwiczeniach to jeszcze rosło. Całe zajęcia spędzili próbując siedzieć, bo wzmożona aktywność była niebezpieczna. Po zajęciach (po części zmarnowanych) okazało się, że dziecko objadało się w ciągu dnia dużą ilością słodyczy, a i obiadem były kluchy na słodko. Nigdy wcześniej ani później dziecko nie było na terapii w takim stanie.

Ciało próbuje zahamować tak szalone zachowania, następuje wyhamowanie takiego samopoczucia więc chwilę po takim strzale energii przychodzi apatia i tęsknota za takim stanem. Tym samym człowiek zaczyna się uzależniać. W końcu „nikt Cię nie zrozumie tak dobrze jak czekolada”.

Tak, słodycze dają szczęście, podobnie jak narkotyki. Na krótko i z efektami ubocznymi.

Komu na czym zależy

Dobrze jest mieć pełne zrozumienie dla intencji. Producentom jedzenia zależy na tym, żeby uzależnić dzieci od siebie. Producentom telewizyjnym i komputerowym również. Oni nie grają z tobą do jednej bramki. Twoje dziecko jest kopalnią pieniędzy, a jego okrzyki „MUSZĘ!” „DAJ MI!” i agresywne zachowania to najmocniejsze mechanizmy wydobycia pieniędzy z tej kopalni.

„Najsłodszym” zdaniem wypowiedzianym przez rodzica jest „inaczej się nie uspokoi w samochodzie” lub „niczego innego nie zje”. Używając takich zdań możemy równocześnie poprosić o kartę stałego klienta u dilerów, pardon, producentów słodyczy lub gier/bajek. Naprawdę wierzycie, że się przejmą waszym losem? Oczywiście działy PR wielkich firm właśnie za to są odpowiedzialne – żeby wam się wydawało, że się przejmą. A czy inaczej się nie da? Niech zadziała pamięć milionów lat ludzkości.

Słodycze to nie wszystko, do tego nie są ubrane w białe rękawiczki, jak choćby serki czy jogurty udające zdrową żywność. Sukces parówek czy keczupu również opiera się na cukrze. Tak samo działają frytki czy białe pieczywo. To, że gigantyczne liczby ludzi są uzależnione od szczęścia w cukrze i węglowodanach ma niezwykłą wartość finansową. Uwierzcie mi, demoralizującą.

Podobnie się dzieje w sektorze telewizyjnym, gdzie przyssanie dziecka do ekranu ma szczególną wartość. Staje się ono zassysaczem reklam i producenci dobrze o tym wiedzą. Jak dobrze – wie każdy, kto przyjdzie z dzieckiem do kina. Podobnie się dzieje w przypadku gier komputerowych. Im bardziej dziecko jest wciągnięte, tym mocniej będzie prosiło rodzica o więcej.

Dlatego z chirurgiczną precyzją operuje się ostrą kreską i cięciami montażowymi, które mocniej aktywizuje mózg i emocjami szczególnie przyciągającymi dzieci. Gry i telewizja stają się uzależniającą metodą odreagowywania świata. Rodzic w ten sposób kupuje czas i spokój. Koszty są wieloletnie, nieźle ukryte. Rozdrażnienie po korzystaniu staje się niczym wobec rozdrażnienia odmową.

Jasno trzeba sobie jednak powiedzieć. Nie istnieją osoby, którym zarazem zależy na dzieciach i mają zdolność rozeznania przyszłości inni niż ich rodzice. Jak wy kupujecie święty spokój, wasze dzieci nie są chronione już przez nikogo.

Bez znieczulenia

Zwykle swoje artykuły piszę w sposób wyważony, rozumiejąc potrzeby dorosłych. Nigdy w życiu nie napisałbym wyważonych artykułów do osób, które podają dzieciom narkotyki czy alkohol. Nawet jeśli stałoby się to legalne. To, że dajemy społeczne przyzwolenie (opłacone sowicie przez reklamy i propagandę) na niszczenie dzieci nie znaczy, że powinniśmy na to przymykać oko.

Tu nie ma rozmowy o podmiotowości dziecka, o przymrużaniu oka, o liczeniu na jego mądrość. Nie liczyłbyś na to zostawiając w jego zasięgu narkotyki czy alkohol. Po prostu ono nie ma do tego dostępu i już. Cukier i ekrany są dostosowane do tego, by uderzyć prosto w potrzeby i mechanizmy twojego dziecka. Nie pytaj swojego dziecka, nie dawaj mu możliwości, po prostu odetnij go od trucizny, póki jeszcze możesz to zrobić. Jak uważasz że przesadzam, spróbuj mu odmówić choćby na tydzień, zobacz co się będzie działo. Co ci szkodzi sprawdzić. Do wygrania jest dużo.

 

Jarek Żyliński

www.jarekzylinski.blox.pl

Jak zmotywować dziecko do nauki? Chciałbym zmierzyć się na nowo z tym problemem, ostatnio bardzo obecnym w mojej pracy z rodzicami. Jest sporo podejść, propozycji, pomysłów. Chciałbym oprzeć je na mechanizmach, które powodują, że dziecku się chce albo właśnie się nie chce uczyć. Zapraszam.

Motywacja pierwotna

Jest dla mnie dość smutne, że to co teraz opiszę często jest nazywane utopią. Niemniej w owym utopijnym świecie motywacją dziecka do nauki jest chęć uczenia się. Jest to naturalne dla dzieci w wieku 6-11, jako że mają one szczególną chęć posiadania kompetencji. Cieszą się z tego, że coś nowego potrafią. W takim wypadku wystarczy dziecku rozłożyć wachlarz możliwości i się zapytać „czego i jak chcesz się nauczyć”. Skuteczność nauki w takiej sytuacji jest olbrzymia, znacznie większa niż szkolna dyrektywność, bo umysł dziecka jest wyjątkowo mocno otwarty na pojawiającą się wiedzę. Do tego brak przymusu zmniejsza opór dziecka, który jest najczęstszą blokadą w nauce.

Z tego mechanizmu korzystają wszystkie podmiotowe szkoły, z Montessori na czele, gdzie dzieci od ponad 100 lat skutecznie korzystają z rozkładanego im wachlarza edukacyjnego. Zaufanie do dziecka, koncentracja na jego stanie emocjonalnym, który jednego dnia może przyjąć wyzwania, a w innym potrzebuje lżejszych zajęć pozwala wykorzystać potencjał do maksimum bez zmniejszenia późniejszej motywacji.

Mając na celu edukację, szkoły powinny wykorzystywać motywację dziecka do uczenia się i poszukiwać takich dróg, które zainteresują dziecko, pociągną je za sobą i spowodują, że ono samo z przyjemnością będzie eksplorować dany temat. Jest to metoda, która wymyka się sztywnym programom, daje nauczycielowi przestrzeń wyboru do tego, na co postawić danego dnia. Utopia? Na chwilę dzisiejszą tak, bo jesteśmy mocno związani systemem. Ale tak naprawdę poza systemem nie trzyma nas nic, a nawet prawo powoli zmienia się w kierunku, który będzie pozwalał do tej utopii dążyć.

W mniej utopijnym świecie takiej motywacji można szukać na różne sposoby. Widząc, jaki temat obecnie jest wałkowany w szkole rodzic może poszukać realizacji tego tematu w życiu rzeczywistym, w zabawie, w ciekawych ćwiczeniach. Wtedy również dziecko może znaleźć przyjemność w nauce i będzie mu dużo łatwiej znaleźć chęć do uczenia się.

Przykłady znajdowania motywacji do nauki:

- Matematyka przez pieczenie ciast (dodawanie, rachowanie, dzielenie)

- Pisanie i czytanie przez pisanie do siebie listów

- Historia i geografia przez komiksy, bajki i opowiadania

- Biologia przez bezpośredni kontakt z tematem, znajdowanie ciekawostek

- Języki przez piosenki i zabawy. Ewentualnie tak jak szkoła pisania i czytania – przez listy do siebie.

Motywacja z niczego

Znacznie ciężej jest wtedy, kiedy szkoła nie proponuje dziecku nauki, która jest dlań ciekawa, ale tłucze stworzony przez siebie program (często błędnie przypisywany podstawie programowej – sprawdź zanim uwierzysz) męcząc tym siebie, dzieci i rodziców. Jeszcze ciężej jest wtedy, kiedy zanudzając uczniów w szkole dokłada im równie „ciekawych” prac domowych.

Wtedy zachęcam najpierw do konfrontacji z tym, czy aby na pewno rodzice chcą się zgodzić na taką bylejakość ze strony szkoły. Bo wysiłku powinien dokonywać ten, kto popełnia błędy, a w wypadku gdy szkoła jest totalnie nieciekawa dla dziecka, to znaczy, że błąd leży właśnie po jej stronie.

Jeśli jednak uznamy, że to my mamy podjąć trud dostosowania się do błędu i nie chcemy walić głową w szkolny mur, to zaczynamy tworzyć motywację z niczego. Wtedy zaczynają się schody, które spróbujemy teraz przejść.

Zdarza się zapominać, o co w ogóle chodzi w słowie „motywacja”. Natomiast szczególnie tutaj jest to ważne, że motywacja, jest to po prostu powód by coś zrobić. Dlatego trzeba znaleźć powód, dla którego dziecko się ma uczyć.

Najpierw trzeba podjąć samemu trud i odnaleźć wartość takiej nauki. „Bo tak się robi” jest dość fatalną motywacją, bo nikogo nie przekona. Przynajmniej prosto myślące dzieci. Tym bardziej, że zakładam, że nie wszyscy rodzice są fanami, żeby ich dzieci na przykład w wieku 16 lat robiły coś bo wszyscy z otoczenia tak robią. To nie jest bezpieczny nawyk.

Nauka czasami jest możliwa do wyjaśnienia. Możemy poszukać metod na to, żeby pokazać dziecku co dają konkretne przedmioty, żeby wiedziało do czego dąży. To nie jest łatwe, ale jest to możliwe. Dobrze jest wtedy móc znaleźć moment na sprawdzian. Ale nie taki papierowy, ale realny, w którym dziecko będzie mogło w swoim życiu sprawdzić sobie, do czego mu jest tabliczka mnożenia, albo znajomość pewnych zagadnień z biologii. Im częściej takie sensowne sprawdziany uda nam się znaleźć tym motywacja do nauki bardziej urośnie.

Ja sam, ja potrafię

Skoro potrzebą jest potrafienie czegoś, radzenie sobie z wyzwaniami czy posiadanie jakichś umiejętności to sama nauka, nawet byle czego, może być motywująca. Warunkiem jest jednak owa samodzielność w podejmowaniu tego wyzwania.

Zdarza się dość często, że rodzice widząc zmagania dziecka z nauką biorą sprawę w swoje ręce i zaczynają „helikopterować” edukację dziecka, obserwując i kontrolując wszystko. Wtedy dziecko już zupełnie nie widzi sensu nauki. Ani nie ma w tym wyzwania, bo wszystko korygują i poprawiają rodzice, ani nie ma tej pierwotnej motywacji nauki. Dziecko z wyzwaniem musi pozostać samo. Może oczywiście poprosić o pomoc, jeśli taką ma potrzebę, ale jest różnica między proszeniem o pomoc, a byciem kontrolowanym na każdym kroku. Dla dziecka zmaganie ze szkołą jest formą odpowiedzialności. Być może nigdy wcześniej nie było odpowiedzialne za tak dużą rzecz i ogarnięcie tego – nawet przy mało sensownych metodach edukacji – może być powodem do dumy, poczucia kompetencji.

W tej metodzie bardzo jest istotne, żeby nie dać szkole przerzucić odpowiedzialności na rodzica. To dziecko musi tutaj odpowiadać za swoje prace domowe, stopnie, a nawet promocję do kolejnej klasy. Jeśli to będzie jego wyzwanie, to być może je podejmie, być może zadba o siebie. Jeśli rodzic weźmie za to odpowiedzialność, będzie świecił oczami, podkreślał swój wstyd za dziecko i będzie co chwilę wisiał nad nim i jego nauką – wówczas umorduje się strasznie, bo dziecko nie będzie miało motywacji ani w edukacji ani w odpowiedzialności.

Motywacja zewnętrzna

Naturalną dość sytuacją w życiu dorosłych ludzi jest to, że jeśli nie jesteśmy w stanie kogoś zachęcić do zrobienia czegoś, to łatwiej nam się to uda, jeśli mu za to zapłacimy. Nie łudźmy się, że dziecko wtedy nauczy się zbyt wiele, bo skoncentrowane będzie przede wszystkim na nagrodzie. Niemniej wtedy zrobi pracę domową, nauczy się do czegoś, dziesięć złotych za piątkę piechotą nie chodzi. Zdecydowanie nie uważam tego za metodę uczenia się. Jedynie za metodę pozbycia się problemu. Troszkę inaczej jest wtedy, kiedy elementem nauki jest żmudna praca, która kiedyś doprowadzi dziecko do perfekcji – w tym momencie pewnie obudzą się uszy rodziców, których dzieci są w szkołach muzycznych, a rozwój talentu zależy właśnie od ćwiczeń, których idei 6-7 latek może jeszcze do końca nie rozumieć (choć generalnie ma ochotę się kształcić w tym kierunku). Wówczas można posiłkować się drobnymi nagrodami, które będą zachęcać dziecko do ćwiczenia i pozwolą się skoncentrować na czymś bardziej realnym niż sukces za 10 lat – czyli więcej niż dziecko żyje do tej pory. Ważne jest by przy tym bardzo uważnie szukać momentów, w których pokażemy dziecku – zobacz, umiesz dzięki temu, że dużo ćwiczyłeś/aś. Takie są tego efekty. Jeśli dziecko w końcu to zauważy i zrozumie, to te maleńkie nagrody będzie można odłożyć na bok.

Stosując nagrody warto pamiętać o tym, co one tak naprawdę znaczą. W ostrym sformułowaniu: „to co robisz jest tak bezwartościowe, że muszę Ci za to zapłacić”. Jeśli chcemy uniknąć takiego rozumienia sytuacji przez dziecko, to warto wprost sprawę nazwać. „Chcę Cię zachęcić do tego, bo to daje efekty, które zobaczysz za jakiś czas, a teraz jest trudno to docenić”.

Uwaga na relację

Sposoby motywowania do nauki są bardzo różne, ale byłbym ostrożny z nadmiernym wykorzystywaniem do tego relacji z dzieckiem. „Zrób to dla mnie” jest karkołomnym zwrotem. Być może czasami bardzo skutecznym, bo dziecko jest w stanie dla nas zrobić czasami naprawdę wiele. Wadą tego sformułowania jest totalne zakrzywienie zarówno odpowiedzialności za naukę jak i jej wartości. Nauka nie może być dla kogoś, oczywiście, że rozwój dziecka sprawia radość rodzicom, ale czy rozwijają się one dla nich? Czyli jak rodzice nie patrzą to mają się przestać rozwijać? Cienki lód moim zdaniem.

O co tak naprawdę chodzi?

Na końcu, chciałbym was poważnie zapytać - o co Wam chodzi jeśli chodzi o naukę. Pytam Was dlatego, że bardzo często dzieci odczuwają, że w nauce chodzi o oceny. Robi to sposób motywowania, który nie porównuje wiedzy dzieci, ale oceny, rankingi, wyniki z pojedynczych wielkich sprawdzianów.

Tymczasem wartością nauki jest to, że coś umiemy. Bardzo często wiedza i umiejętności dziecka stoją na bardzo dobrym jak na jego możliwości poziomie, ale w dzienniku widnieją trójki, bo nie chce mu się odrabiać prac domowych albo sporo gada na lekcji. Może społeczny wyrzut sumienia podpowie „jak to mu się nie chce! Skandal!”, a równocześnie rozsądek odpowie – prace domowe nie są mu potrzebne, podobnie jak oceny.

To nie jest takie proste, bo oceny mogą wpłynąć na inne rzeczy. W tym wszystkim trudno się czasem połapać, bo to zależy od indywidualnych pomysłów szkoły. Natomiast na samym początku warto się zastanowić o co nam chodzi w tej edukacji. Kiedy my sami zrozumiemy motywację do nauki jaką może mieć dziecko, to będzie nam znacznie łatwiej to wytłumaczyć i tym samym ono znajdzie motywację do nauki. Czyż nie o to chodzi z zapytaniem „jak zmotywować dziecko do nauki?”?

Jarek Żyliński - psycholog

http://jarekzylinski.blox.pl

W ostatnim czasie mam wielką przyjemność obserwowania na moich zajęciach znacznie większego zainteresowania mężczyzn wychowaniem, którzy swoją liczebnością i wnikliwością często dorównują mamom. Rola ojca zaczyna znowu przybierać na wadze, a trzeba powiedzieć, że jest to rola, której trzeba dobrze poszukać! Dlatego zapraszam do przeczytania tego artykułu a na końcu na zajęcia na ten temat.

W pierwszym okresie życia dziecka bliżej jest realizująca podstawowe potrzeby mama, ale tata też musi być i nie warto wchodzić w dyskusję ile procent wychowania który rodzic w tym czasie zapewnia. Brak zarówno jednego jak i drugiego rodzica miałby negatywny wpływ na rozwój dziecka.

Czemu potrzebna jest mama – to wiadomo. Natomiast co ma robić tata już takie proste nie jest. Na początku jeszcze nie ma stereotypowej roli przewodnika po świecie zewnętrznym, którą bierze na siebie przeważnie mężczyzna. Dzieci z potrzebami emocjonalnymi owszem, szukają taty, ale częściej jednak – także z przyzwyczajenia – biegną do mamy. Gdzie jest więc miejsce mężczyzny?

Na pewno musi on budować więź z dzieckiem, po prostu być przy nim tak jak ono potrzebuje, bo już niedługo, już u przedszkolaka, zaczną się budować role dotyczące płci. Zarówno dla dziewczynki jak i chłopca dobry i bliski wzór jest potrzebny. By był nim ojciec – trzeba od zawsze być blisko dziecka.

Ponadto jest tak, że bez wsparcia psychicznego i fizycznego mamom jest trudno wypełniać swoje zadania jak się da najlepiej i to z uśmiechem. Zwłaszcza kiedy zmęczenie podpowiada najłatwiejsze, a niekoniecznie dobre dla dziecka i rodzica rozwiązania, to rola drugiego opiekuna jest tutaj wyjątkowo ważna. Po prostu do wychowania trzeba dwojga – w przypadku jednej osoby są to wyjątkowe siły i koszta, bo dzieci choć kochane, to jednak wymagają wiele.

Kiedy minie pierwszy okres rozwoju dziecka, rola ojca zaczyna się stawać równie pierwszoplanowa co matki. Zwłaszcza wspomniany aspekt budowania wizerunku mężczyzny u dziecka jest bardzo ważny. To od taty zależy czego córka będzie w przyszłości wymagać od swojego partnera, a syn nauczy się rozwiązywania wielu męskich problemów. Ojciec nie jest instancją ostateczną, ale buduje fundamenty pod tożsamość płciową.

Choć budowane jest to na stereotypie, to dzieci często kojarzą tatę ze światem zewnętrznym. Dlatego też jest on ważny w opowiadaniu ciekawemu maluchowi jak to ze światem jest. Choć nie są to role ostatecznie wyznaczone, to często rozkłada się to w taki sposób, że mamy uczą dzieci świata emocjonalnego, a tatusiowie - logicznego i praktycznego.

Poza tymi jasnymi rolami miejsce taty jest bardzo indywidualną sprawą. Mężczyźni nie mogą się za bardzo oglądać na innych ojców, ponieważ jest tak, że wypełniają oni różne role w zależności od tego jacy oni są oraz czego potrzebują matki i dzieci. Nie ma wątpliwości, że są w rodzinach bardzo potrzebni, ale w jaki sposób – to już jest różne. Istnieje niepodważalna rola tworzenia wzoru mężczyzny, ale poza nią, ojcowie sami sobie wydeptują drogę rodzicielstwa. Nie jest to łatwe, ale na pewno może być piękne.

 

Jarek Żyliński - psycholog

http://jarekzylinski.blox.pl

KĄCIK MAMY

Mile dla Bartka / Miles for Bartek

Mile dla Bartka Największa polska impreza…

Kilka słów o Wielkanocy

„By na chwilę się zatrzymać I spojrzeć z…

Portret kobiecy

Portret kobiecy Musi być do wyboru. Zmieniać się,…

KĄCIK TATY

„Bo możemy robić małe rzeczy, za to z wielką miłością” Nie zapominajmy o okazywaniu sobie miłości i…

Przyciemnianie szyb – sposób na większe bezpieczeństwo dla Ciebie i Twojej rodziny

Czy zastanawialiście się kiedyś po co właściwie…

Rodzinny WALES RALLY GB 2015

Specjalnie dla WAS magazyn FANTAZJA przygotował…

Ojcowie w natarciu

W ostatnim czasie mam wielką przyjemność…